Grudniowy spacer

Mam taki pomysł – dla bezpieczeństwa własnego nie nazwę go postanowieniem – żeby w miarę regularnie wyciągać z pudła Barbie i coś nowego im szyć. Na pierwszy ogień poszła Barbie Glitter Hair 1993, która mimo że gościła już na blogu, to jednak nie miała sesji solo.

Jak widać, załapała się na fotki w tym samym wnętrzu, gdzie niedawno bawiły się chińskie maluszki. Zarówno ściany, jak i mebelki, dla Barbie są trochę za małe, ale na zdjęciu chyba całkiem dobrze udało się to ukryć 🙂

By tradycji z dzieciństwa stało się zadość oraz by do cna zużyć to, co jeszcze nie jest do końca zdarte i zniszczone, uszyłam jej sweter i opaskę ze skarpetki 😀 A tak poza dorabianiem ideologii do faktów, to szkoda mi było się rozstać ze skarpetkami w kotki, kiedy jedna z nich przetarła się na śmierć na pięcie 😛

Bardzo lubię tę lalkę, jest śliczna. Nawet mi nie przeszkadza zanadto, że została pozbawiona kolczyków, z których resztki jednego wciąż tkwią w uchu… Wolałabym jednak, żeby miała własne ciałko – TNT w wersji ze zgiętymi łokciami. Zdjęcia nie oddają za dobrze jej lekko pomarańczowego koloru skóry. Nie jest to tak hardkorowy pomarańcz jak w przypadku plażówek, ale standardowym barbiowym odcieniem też się go nazwać nie da.

O ile mnie pamięć nie myli, w serii były cztery lalki: trzy o moldzie Superstar (blondynka, brunetka i ruda) oraz jedna Christie. Wszystkie miały bardzo długie włosy, topy z palmą i spódniczki mini oraz wielgachne kolczyki w kształcie palm. Kolczyki lalek z ery Superstar często bywały wręcz karykaturalne, czego te palmy były najlepszym dowodem.

Najprawdopodobniej jest to ostatni wpis w tym roku.

Korzystając z okazji, chciałabym Wam wszystkim życzyć

Szczęśliwego Nowego Roku 2022!!!

Zdjęć dosłownie pięć

Zarobiona jestem ostatnio. To jest mój pierwszy niepracujący weekend po trzech poprzednich. Popołudniami staram się pchać do przodu zaliczenia i inne zobowiązania, a wieczorem padam na pysk przed 22. Liczę, że to się wkrótce zmieni, bo zatrudniono nowych pracowników, którzy przejmą część obowiązków. Z tego powodu dziś na (bardzo) szybko dwie nowości: Petra i Christie.

cyklameny posadziłam 🙂

Graduation Barbie Christie Special Edition 1997 kupiłam na eBayu za jakieś 5 funtów. Z jej oryginalnego stroju pozostało tylko nakrycie głowy, wciąż oryginalnie zamocowane. Poza tym miała na sobie ubranko Barbie Businesswoman (wg opisu sprzedawcy) częściowo widoczne na zdjęciu. Spódnica to ciekawy wynalazek – jest dwustronna. Tu na stronie mniej biznesowej. Na strój składają się jeszcze czerwone body z udawanym naszyjnikiem z perełek i marynarka oraz akcesoria: czarna torebka, kubek, komórka, laptop i folder z dokumentami. Nie mam bladego pojęcia, od której dokładnie Barbie pochodzi ten strój, googlanie nie przyniosło efektów. W każdym razie na ciałko TNT pasuje jak ulał.

Petrę Lundby kupiłam od koleżanki z Facebooka. To moja pierwsza i jedyna Petra – póki co. Ma bardzo miły pyszczek, a włosy są świetnej jakości. Przypomina mi trochę Sindy Hasbro z twarzy. Przyleciała z PL w ubranku widocznym na zdjęciu, sprawiając mi niespodziankę, bo spodziewałam się golasa 🙂

A to spódnica w wersji biznesowej. Całkiem podoba mi się ten pomysł, muszę kiedyś spróbować uszyć coś podobnego. Warstwa czerwona jest zrobiona z tiulu, do tego krótsza, dlatego dobrze się chowa pod grubszym materiałem i nie deformuje kształtu spódnicy.

Z marynarką pod pachą 🙂 Dopiero robiąc to zdjęcie zauważyłam, że jej ręce mają różne pozycje. Percepcja mi słabuje ze zmęczenia…

Wszystkie moje Christie razem. Każda inna 🙂

Pamelka to lalka niewielka…

…dlatego wpis na temat Pamelki też będzie niewielki 🙂 Laleczka pokazała się w lutym na eBayu w kompletnym stroju, z butami, książeczką oraz… drugim strojem z butami 😀 Kwota za tyle dóbr również była niewielka 🙂

I tyle 🙂 Zarówno stroje, jak i facepaint, naruszył ząb czasu, ale i tak się cieszę, bo laleczka jest w świetnym stanie jak na swój wiek 🙂 A trzeba przyznać, że rzeczywistość wciąż nam batów nie szczędzi, więc takie drobne radości tym bardziej są na wagę złota. A tak w ogóle, to WordPress donosi, że to jest post nr 600 🙂

Mackie i reroot zły

Easter Surprise Barbie 1998, kupiona w zeszłym roku na fali tęsknoty za moimi rzeczami, z którymi rozdzielił mnie lockdown (i których do tej pory nie mam wszystkich przy sobie!!!) rozstała się z włosami darowanymi jej przez producenta i padła ofiarą średnio udanego eksperymentu.

Na próbę kupiłam na eBayu włosy do plecenia warkoczyków – tu macie przykładową aukcję:

https://www.ebay.co.uk/itm/24-Braiding-Synthetic-Hair-Fashion-African-Twist-Braid-Hair-Hairstyles-Wig-Lots/193848049692?hash=item2d223e801c:g:yW8AAOSwjjdf~rq3

Ich plusem jest duża, naprawdę DUŻA ilość włosów, wiecheć jest rozmiaru końskiego ogona. Drugi plus to rozległe możliwości kolorystyczne – wybrałam zestaw cieniowany od pomarańczu przez żółć, zielonkawo-niebieski aż do amarantowego.

Na tym jednak plusy tegoż włosia się kończą. Snuje się niemiłosiernie, gniecie i mechaci, pasma oddziela się trudno. Do tego same w sobie włosy są trochę za grube dla lalki i po wszystkim sterczą (choć w sumie miewałam gorsze pod tym względem). Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, co piszę, ponieważ nie jestem specjalistką w zakresie rerootów. Może bym tu napisała coś innego, gdybym miała większe umiejętności. Ogólnie największy błąd, jaki popełniłam, bo utrudnił mi później pracę – dlatego ją zresztą porzuciłam 😛 – to wszycie włosów naokoło głowy w najbardziej zewnętrznie położony rządek dziurek. Najprawdopodobniej powinnam lecieć od dołu do góry w poziomych rzędach i zakończyć na górze. Cóż, może kiedy indziej, bo tym razem zatrzymałam się po prostu na obszyciu łebka naokoło. Efekt końcowy wygląda tak (lepiej tych włosów jej nie rozpuszczać 😛 ):

Przy okazji widać, jak mój aparat słabuje z ostrością 😦
Kolorystyka wyszła taka trochę w stylu Barbie Hula Hair, tak mi się kojarzy ten amarant z pomarańczowym.

Miałam początkowo wsadzić ten łebek na ciałko MTM, ale jednak głowa wróciła ostatecznie na swoje własne TNT.

A tak prezentuje się Mackie w pozostałymi kolorowowłosymi koleżankami 🙂

Przypomnę, że Superstar to Totally Hair Barbie, kupiona w stanie obszarpanym i obdarzona przeze mnie włosami wydłubanymi z peruki od Bratzillaz Switch a Witch. Druga Mackie to Barbie Tokyo Pop z serii Fashion Fever. Malunek oka jest już zupełnie inny niż u Easter Surprise, a włosy ma takie, jakie Mattel dał. Myślę, że wszystkie trzy fajnie do siebie pasują i gryzą w oczy 😉

Włosia zostało mi wciąż bardzo dużo. Co by tu jeszcze popsuć…? 😉

Przegląd okresowy

Korzystając z urlopu, zrobiłam porządki w szafie i przewietrzyłam trochę moje stare Mattelki. Przebrałam wszystkie (z wyjątkiem tych, których nigdy nie przebieram), a kilka nawet załapało się na zdjęcia moim schorowanym aparatem.

Na początek chyba najfajniejsza kreacja stworzona z ciuszków, co do których nawet nie pamiętam dokładnie, skąd je mam. Nie ukradłam ich – tyle wiem 😉

Ze squaw zrobiła się panna z plantacji Południa.

Kolejna lalka to Barbie Glitter Hair – a właściwie hybryda tejże, bo ciałko nie jest jej. Jedna z najpiękniejszych Superstarów, jakie miałam w ręku. Mattel świetnie skomponował kolor oczu i włosów tej lalki.

Kolejne dwa zdjęcia są z dedykacją dla Nany Arimy, dzięki pewnemu jej komentarzowi zorientowałam się, że nie pokazywałam swoich starych Mattelek przez rok… Przed Wami dwie Christie 🙂

Nieodmiennie fascynuje mnie to, jak malunek twarzy i kolory potrafią zmodyfikować ten sam mold.

A teraz przerwa od Mattela, zestrojona na różowo przedstawicielka konkurencji – Imani od Hasbro.

Na koniec dzisiejszego przeglądu moje opus magnum w dziedzinie rerootów – Barbie Totally Hair 🙂

Szykuję jej koleżankę o podobnie szalonej fryzurze, ale nie wiem, ile stuleci mi to zajmie, bo nie znoszę robić rerootów. Głównie tej części z rozdzielaniem włosów na pasma, bo to najbardziej mozolna robota.

Martwi mnie stan mojego aparatu. Ewidentnie szwankuje ekspozycja, ostrość i nasycenie barw. Może wizyta w serwisie by mu pomogła?

The Puppet Master 3: Toulon’s Revenge – Władca Lalek 3: Zemsta Toulona (1991)

Witajcie w Nowym Roku! Oby nie był gorszy niż poprzedni 🙂

Słowo się rzekło, lalkowy horror obejrzany podczas lalkowego szycia nie będzie dłużej czekać na recenzję. O pierwszej części serii The Puppet Master pisałam na Mangustowie dokładnie 13 września 2013 roku – czyli ponad siedem lat temu. Zleciało, nie? Przypomnę, że cykl został stworzony przez Charlesa Banda, człowieka, który ma na koncie wiele horrorów z lalkami w roli głównej.

Prawdę mówiąc chciałam obejrzeć część drugą, ale nie mogłam jej nigdzie znaleźć. Padło więc na trójkę. Akcja filmu toczy się w Berlinie w 1941 roku. Andre Toulon, lalkarz, wraz z ukochaną żoną prowadzi teatrzyk dla dzieci. Podczas przedstawień – odważnie, acz średnio rozsądnie – wyszydza politykę hitlerowskich Niemiec i samego Adolfa. W ten sposób ściąga na siebie uwagę władz oraz wielkie kłopoty. Jeden z widzów, podający się za kolegę po fachu Toulona, to w rzeczywistości nazistowski żołnierz. Jego szef, major Kraus (w ten roli Richard Lynch, aktor o charakterystycznej, poparzonej twarzy) akurat pracuje nad stworzeniem nieśmiertelnych, a w każdym razie niezabijalnych i nieczułych na ból, jednostek wojskowych. Kiedy podwładny przybiega z rewelacją, że Toulon potrafi tchnąć życie w przedmioty, major składa władcy lalek wizytę, której konsekwencji nikt nie przewidział…

Tak jak i część pierwsza, tak i trzecia ma swoisty urok. Scenariusz, choć prosty i nie należy do arcydzieł światowej kinematografii, jest dość spójny i nie nuży. Horror ten powstał na początku lat 90. i, jak przystało na produkcję z tamtego okresu (oraz na Charlesa Banda), nie owija w bawełnę – jeśli lalki robią komuś krzywdę, to dokładnie widzimy, co i jak się odbywa.

Nie od razu rzuciło mi się to w oczy, a raczej w uszy, że lalki we Władcy Lalek nie mówią, w przeciwieństwie do np. Chucky’ego, który nawija w zasadzie bez przerwy. Należy im to zapisać na plus, dzięki temu są bardziej tajemnicze.

The Puppet Master 3 to także historia powstania dwóch lalek z „głównej drużyny” Toulona: Blade’a i Leech Woman. Filmów w serii jest, o ile się orientuję, grubo ponad pięć. Może kiedyś obejrzę je wszystkie. Tak naprawdę nie polecam ich szerokiej publiczności – są specyficzne. Jeśli ktoś jednak darzy sentymentem tak lalki, jak i klimat horrorów z lat 80. i wczesnych 90., nie powinien poczuć się rozczarowany seansem.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.

Wietrzenie szafy ;)

Nie mam miejsca na lalkową witrynkę. A nawet gdybym miała, nie jestem przekonana, czy chciałabym mieć stale przed oczami lalki. Z powyższych powodów trzymam je spakowane w szafie. Przyznaję, że jest to nieco uciążliwe – wyciągnięcie konkretnej sztuki zwykle wymaga wyjęcia mnóstwa rzeczy i włożenia ich z powrotem na miejsce. A kiedy lalki już wyjdą, tworzą mały tłum 😉

bse

Nie wiem, kiedy ich tyle nazbierałam 😀 Odziałam z trudem, całe szczęście obuć było łatwiej.

christies

Christie – jeden mold, a takie różne 🙂

nichelles

Nichelle – sama nie wiem, która ładniejsza

skrajne1skrajneskrajne2

Superstar – ten sam mold, skrajnie różna kolorystyka. Diabeł tkwi w kolorach?

redlips

Czerwonouste:)

rude

Niby wszystkie rude, a każda inaczej

pojednej

Po jednej – Shani, Asha, Nia

parts

A ta… chyba będzie na części…

Shiny Shiny Shani

Niniejszym oświadczam, że nikomu już nie zazdroszczę posiadania moldu Shani. Bo mam. I to z serii Shani, na ciałku Shani i z koleżankami – Ashą i Nichelle 🙂 Próbowałam szukać jakiejś historii powstania tejże serii, ale nic ciekawego nie znalazłam. Cyniczni mogą zatem stwierdzić, że Mattel robi etniczne lalki, by wyciągnąć więcej kasy, ja wolę wierzyć, że stoją za tym także pobudki czysto humanistyczne.

shani3

Moje lalki pochodzą z 1991 roku. Od lewej moldy Shani, Asha i Nichelle. Włosy w stanie mint, zachowała się też część akcesoriów, w tym najważniejsze: biżuteria i buty. Brakuje wielkich spódnic, które można obejrzeć sobie w archiwalnej reklamie: https://www.youtube.com/watch?v=bTsj3Jby29w

shanishani7

Strasznie mi się podobają z tą eksplozją kolorów ❤ Nichelle, uśmiechnięta nieznaczne jako ta Mona Lisa, wygląda na najstarszą z całej trójki. Mam wrażenie, że bardziej niż ustami uśmiecha się oczami.

shani1shani10

Wszystkie trzy lalki są w typie AA, jednak Mattel zadbał o różnorodność – każda ma inny odcień skóry. Asha, jako jedyna, posiada straszliwą grzywkę modną w tamtym okresie. Pamiętam, jak niektóre moje koleżanki takie nosiły 😀 Asha przypomina mi także nieszczęsną Whitney Houston, która kiedyś też była pełna życia i roześmiana…

shani2shani8

A to Shani właśnie. Nie przypuszczałam, że kiedyś wpadnie mi w ręce, bo to mold dość rzadko spotykany. Słodka i kolorowa jak rajski motyl ❤

shani5

I klasyczne barbiowe szpilki do tego w równie klasycznych kolorach 😉

shani6

Obfitość włosia (ups… właśnie mi się przypomniało, co zapomniałam – sori, Kamelio… poprawię się)

shani4

Chwalę sobie bycie samozarabiającą i samostanowiącą. Jako dziecko nie miałam szansy na takie zabawki. Że o kocyku w tarcze Kapitana Ameryki nie wspomnę 😀

Trochę zebrało się u mnie tych Mattelek. Zebranie ich wszystkich razem na zdjęciu mogłoby być ciekawe. Tylko skąd ja tyle ciuchów wezmę?

Pokaż buźki ;)

Ja: Przyszły moje nowe Barbie.

Ewa: Rzuć na bloga.

Ja: Nie, bo najpierw muszę ogarnąć.

Ewa: To chociaż buźki pokaż. Ty tak ładnie buźki robisz.

Ja: O_o

No i co miałam zrobić na takie dictum? Pokazuję 🙂 Zdjęcia robione już po zachodzie słońca, więc takie se, ale buźki widać 😉

b

Radiant Rose 1996

b1

Twarz Radiant Rose tchnie takim urokiem, że nie mogę się napatrzeć. Chyba pierwszy raz widzę Barbie Superstar z rootowanymi rzęsami, a już na pewno pierwszy raz taką posiadam 🙂

b2

Happy Holiday 1997

b3

Holidayka to z kolei pierwsza Superstar, która przeraziła mnie ilością włosów. Aż chciało się zacytować Ewę: po ch… lalce tyle włosów?! Nie wiem, jak ja tę grzywę okiełznam :/

b4

Glitter Hair  1993

b5

Kolejna z zestawu, na którą nie mogę się napatrzeć. Włosów ilość jest rozsądna, a długość powala. Nie mogę się nadziwić, że żadne dziecko nie dorwało tych włosów. Najwyraźniej zadowoliło się wyłamaniem kolczyków, których sztyfty wciąż tkwią w uszach… Lalka nie ma swojego ciałka.

b6

My First Barbie – Glittering Ballerina 1991

b7

Najplatynowsza z platynowych, niby taka sobie zwyczajna, ale… sami widzicie. Straszliwa grzywka z początku lat 90. ujarzmiona do zdjęcia moją osobistą frotką 😀

b8

Emerald Elegance 1994

b9

I tu mamy do czynienia ze złodziejem ciał. Głowa została zatknięta na ciele baletnicy, na którym pozostanie tymczasowo, aż czegoś nie znajdę.

b10

Beach Streak Nichelle 1992

b11

Moja pierwsza ever lalka z moldem Nichelle. Wcześniej taką twarz widywałam tylko u Ani.

b12

Pretty Hearts 1996

b13

Złodziej ciał i w tym przypadku ubaw miał.

b14

Glitter Beach Christie 1992

b15

Faktycznie jakieś resztki brokatu z niej lecą.

Jak widać, znów mam fazę na starsze Mattelki. Ciekawe, jak długo potrwa. Albo czy wróci mi faza na Mackie. Póki co, która najładniejsza?

Kuzynki

Mam kolejną fazę na starsze mattelki. To już trzecia taka faza – najpierw były Superstary w różnych wersjach kolorystycznych owłosienia (i inne moldy z tej ery), potem Mackie, teraz padło na mold Diva. Od dawna w mojej kolekcji przebywa Midge z serii Beat, niedawno dołączyła do niej Native American Barbie 1993, ponieważ zachciało mi się lalki czarnowłosej, a jak wiadomo Divy są przeważnie rude. Akurat jedna trafiła się tanio wraz z Hallmarkową miniaturką na choinkę.

diva

Jak widać na zdjęciu, gumki we włosach lalki nie przetrwały próby czasu, ona sama, całe szczęście, tak. Odpakowywaniu towarzyszyły emocje rzędu a-co-jeśli-będzie-cuchnąć?!, dlatego najpierw wetknęłam nos do pudełka. Zapach był typowo plastikowy, odetchnęłam więc z ulgą i zabrałam się za rozpakowywanie miniaturki, bo wielce mnie ciekawiła. Zetknęłam się już z tym tematem gdzieś w internecie, ale pierwszy raz miałam okazję zbadać na żywo. Muszę powiedzieć, że całkiem ciekawa rzecz, a co więcej, bardzo starannie wykonana.

diva2

Zgodnie z deklaracją na pudełku, lalka ubrana jest w strój inspirowany tradycyjnym indiańskim. Nie znam się, to się nie kłócę, podejrzewam jednak, że Indianie mimo wszystko nie produkowali srebrnych frędzli.

diva1

Jak przystało na egzemplarz kolekcjonerski, lalka wyposażona została w stojak. Tradycyjnie (barbiowo, a nie indiańsko) posiada również szczotkę do włosów. Po wyjęciu z pudełka starałam się przede wszystkim wyczesać kawałki pokruszonej gumki, co nie należało do najłatwiejszych zadań, bo cholerstwo rozpadło się dosłownie w pył, który ochoczo pokrył twarz o głowę lalki oraz wszystko wokół…

diva3

Po zwycięskiej walce z gumkowym pyłem i uwspółcześnieniu wizerunku czarnowłosa Diva ruszyła w plener wraz ze swoją piegowatą kuzynką Midge. Kwitną już moje ukochane bluebells (po naszemu dosłownie niebieskie dzwonki, oficjalnie hiacyntowce zwyczajne – takimi właśnie nazwami obiera się kwiatki z uroku i romantyczności), więc nie mogłam nie pobiegać po lesie z aparatem ❤

diva4

Bluebells, bluebells po horyzont…

diva5diva6diva7

Tak, wiem, że moje lalki ciągle wkładają te same ciuchy. To dlatego, że bardzo te ubranka lubię 😀

diva8

Zawilce, które kwitły takim samym dywanem w Polsce, jak tu kwitną dzwoneczki, są tu w mniejszości.

diva9

Nie zabrakło też fiołeczków ❤

Zarówno zakup, jak i dzisiejszy dzień, uważam za udane 🙂