Ewa odeszła

To nie jest post, który naprawdę chcę napisać. Większość z Was znała Ewę tylko z bloga lub facebooka. Tak jak Wy, poznałam ją dzięki wspólnemu lalkowemu hobby. W krótkim czasie stała się moją dobrą przyjaciółką, kimś, kto zawsze miał dla mnie lody w zamrażarce i piekł mi ciasta z kruszonką, osobą, która słuchała o moich problemach i zawsze starła się coś poradzić, która odwiedzała mnie w szpitalu, przynosiła truskawki i gołąbki, a potem zmieniała mi opatrunki, jak już z niego wyszłam. Która opiekowała się moimi kotami, kiedy wyjeżdżałam, i zostawiała mi na stole bratki, bo wiedziała, że je lubię. Która przyjęła mnie pod swój dach za grosze, kiedy wyprowadziłam się od męża i która ze mną siedziała po nocy, gdy ryczałam po rozwodzie. I którą ostatni raz widziałam 3 lata temu, bo później pandemia do spółki z moją pracą uniemożliwiły mi zagraniczne podróże. I której już więcej nie zobaczę. Bez niej ani lalkowanie, ani życie nie będą już takie same.

Brahms: The Boy 2 (2020)

Ach, horrory z lalkami w roli głównej – niezależnie od obsady zwykle tak samo niesatysfakcjonujące. I taki też jest Brahms: The Boy 2. O pierwszej części filmu pisałam jakieś sześć lat temu. Wówczas nie wydawało się, że The Boy może mieć logiczną kontynuację. Być może dlatego twórcy zdecydowali się pchnąć sprawy w stronę nadnaturalną. I tak zyskaliśmy kolejny średnio strawny film o złej lalce.

Prawdopodobnie powinnam odpuścić sobie ocenianie tego filmu, bo zasnęłam na nim dwa razy. Moje zasypianie na horrorach oczywiście nie musi źle świadczyć o fabule, czasem jestem po prostu zmęczona i lula mnie już samo przyjęcie pozycji względnie horyzontalnej. W przypadku tego filmu jednak od razu widać, z czym będziemy mieć do czynienia. Zawiązanie akcji pełni rolę wprowadzenie, wszak musi wydarzyć się jakaś tragedia, która uzasadni, dlaczego rodzina wynosi się na odludzie i pozwala zatrzymać synowi lalkę wykopaną w lesie. Terapeutka też jest za! Co może pójść źle?

Źle idzie oczywiście wszystko. Lalka owszem, ściąga podejrzenia, ale głównie matki, wciąż przeżywającej traumę po wydarzeniach przedstawionych we wstępie, więc kto by tam jej słuchał. Nie trzeba geniusza, żeby się domyślić, jak to wszystko się skończy. Ponieważ kawałek filmu przespałam, nie jestem pewna, jaką rolę odegrał w tym wszystkim lokalny leśniczy, więc tu nie mogę się przyczepić, bo nie wiem, czy jest do czego 😉

Mimo że gra aktorska nie razi, horror ten to co najwyżej poprawny średniak, coś co można puścić w tle do szycia czy innych robótek. Często powtarzam, że wtórność niekoniecznie jest problemem – w końcu dlaczego nie wracać do tych samych motywów, jeśli je lubimy. Jednak w przypadku Brahmsa ta wtórność trochę już przeszkadza. To mógł być dobry film, może nawet wyjątkowy, bo budżet najwyraźniej miał spory. Cóż, może następnym razem – w obecnej sytuacji fabularnej nie ma przeszkód, by powstała część trzecia.

Wyniki rocznicowej rozdawajki

Do rozdawajki zgłosiło się osiem osób w kolejności:
1. Dłubaniny Lalkowe
2. Anka Mazovshanka
3. Szara Sowa
4. Natalia
5. Coffee
6. Elena
7. Magda
8. Kasia Zbieraczka
O tym, kto zwyciężył, zdecydował rzut kością ośmiościenną.

TADAM! Wygrała Marzenka z Dłubanin Lalkowych. Szczegóły sobie omówimy prywatnie 🙂

Dziękuję wszystkim za udział oraz gratuluję zwyciężczyni 🙂

Sydney w srebrze

Upał w Oxfordzie dał się wszystkim porządnie we znaki. Tutejsze domy nie są przystosowane do takich temperatur. Próbowałam spowolnić podgrzanie mojego pokoju do piekielnego poziomu za pomocą srebrnej folii w oknie, ale nie na wiele się to zdało :/ Resztki tejże posłużyły za tło do zdjęć. Poprzednio Sydney zaprezentowała się na złoto, dzisiaj w zimniejszych barwach.

Srebrne legginsy kupiłam na lokalnym Etsy. Teoretycznie jest to rozmiar MSD, więc miałam pewność, że na którąś z 16-calowych lalek się nadadzą 🙂

Spódnica była szyta przez Ewę (i wielokrotnie eksploatowana), natomiast bluzka powstała – jak to często u mnie – z gaci 🙂

I to by było na tyle 🙂 Miłego tygodnia wszystkim i dziękuję za przeczytanie pierwszego wpisu w świeżo rozpoczętym drugim dziesięcioleciu Mangustowa 🙂

10 lat Mangustowa

Dokładnie 10 lat temu usiadłam przy kompie, którego już dawno nie mam, i założyłam swój pierwszy i wciąż jedyny blog celem prezentowania mojej nowopowstającej kolekcji lalek. Nie wiedziałam wówczas, na ile mi wystarczy entuzjazmu, a już na pewno nie spodziewałam się, że 10. rocznicę bloga będę spędzać w UK…

Lalkowe hobby okazało się niesamowicie satysfakcjonujące w różnych aspektach i chociaż nie zawsze mam na nie czas, zwykle wracam do lalkowania pełna energii. Przez dekadę sporo się pozmieniało, lalki przychodzą i odchodzą, chociaż na początku nie wyobrażałam sobie, że którejkolwiek kiedykolwiek będę chciała się pozbyć 🙂 Jedne z moich pierwszych nabytków, które wciąż mam, to Skipper Cool tops, Western Fun Nia i Delilah Noir. Lalki same dzielą się na kategorie: jedne często pokazuję na blogu, inne lubię po prostu mieć, ale fotografować niekoniecznie. Poza tym mam przy sobie tylko część mojej kolekcji.

Lalkowanie to również ludzie, których poznałam dzięki temu hobby. Cieszę się, że mnie odwiedzacie taki szmat czasu 🙂 W związku z tym zapraszam na rocznicową rozdawajkę! Przedmiotem rozdawajki będzie wybrana przez zwycięzcę lalka z oferty amazon.co.uk o wartości do 35 GBP. Nagroda zostanie wysłana na mój koszt, ewentualne opłaty celne w PL są po Waszej stronie. Uprzedzam, że przy losowaniu lalki będę faworyzować osoby, które są ze mną dłużej niż od dzisiaj 😉 Proszę o zgłaszanie się w komentarzach do 31 lipca br. 🙂 Dziękuję, że ze mną jesteście!!! :* ❤

Sahra w Kornwalii

Jak widać, długo nie wtrzymałam bez Kornwalii 🙂 Na początku tego tygodnia pojechałam znowu na krótki urlop do tej samej miejscowości – Newquay. Pojechała ze mną Sahra, moja najrzadziej fotografowana azonka. Przed wyjazdem uszłam jej nowe wdzianko. Góra jest z majtek, dół z rękawa po moim ostatnim cosplayu 🙂

Pierwszego dnia pogoda dopisała, drugiego udało mi się zwiedzić jeden z półwyspów przed deszczem, trzeciego dorobiłam się poparzeń słonecznych i udaru cieplnego (niezbyt poważnego), a czwartego musiałam już wracać. Jak poprzednio, bawiłam się świetnie i naładowałam bateryjki na nadchodzące, najcięższe tygodnie w pracy.

Zaskoczyła mnie mnogość roślinności na klifach, w kwietniu nie było to aż tak widoczne. Podobnie ocean wydawał się uciekać dalej podczas odpływów niż na wiosnę. Udało mi się nawet przejść brzegiem przez trzy plaże. Nie znalazłam ani jednej „syreniej torebki”, ale pokazały się chełbie.

W pewnym momencie zauważyłam, że nos Sahry zabarwił się od czegoś na niebiesko. Próbowałam ją wytrzeć, co spowodowało zabarwienie nosa na fioletowo! Kiedy udało mi się pozbyć fioletu, spod spodu znów wyjrzał niebieski, który ostatecznie zniknął sam z siebie. Nie mam pojęcia, co o było…

Pięknie było, szybko się skończyło.

Życzę miłego nowego tygodnia i do zobaczenia w następnym, rocznicowym wpisie 🙂

Sushi

Jakiś czas temu w lokalnej galerii handlowej otworzyła się filia Hamley’s. Rozmiar sklepu siłą rzeczy jest nieporównywalnie mniejszy od ich głównego w Londynie. Wpadam tam czasem popatrzeć na zabawki (duh…). Niedawno skusiłam się na przeceniony zestaw sushi w rozmiarze plus minus lalkowym.

Jako producent podana jest firma Just Play. Jak widać zestaw wyposażony jest we wszystko, co trzeba – sos sosjowy, wasabi, pałeczki, a nawet w łódeczkę, jakie czasem można zobaczyć w restauracjach serwujących sushi (czyli tak zwanych suszarniach 😉 ). Po rozpakowaniu prezentuje się tak:

Po wyjęciu z plastikowej wytłoczki natychmiast odpadła chorągiewka od łódeczki. Nie da się jej wcisnąć na miejsce z powrotem. Mata to wydruk na kartoniku, a torebeczka z napisami zawiera jakiś glut do dekorowania sushi (zapewne w połączeniu z tymi pomarańczowymi granulkami większymi od samej potrawy), którego obecności w ogóle nie zauważyłam. Trafił do śmieci, bo wystarczająco dużo czasu spędzam z glutami w pracy, w domu nie muszę 😉 Ogólnie zestaw jest całkiem fajny i na pewno można go wykorzystać do lalkowych zdjęć, mimo że poszczególne elementy są w zdecydowanie dziwnej skali. A tak prezentują się w użyciu przez lalki 🙂

Wydaje mi się, że widać, w czym problem. Niektóre przedmioty powinny być znacznie mniejsze albo większe, żeby wyglądać realistycznie i żeby dobrze do siebie pasować. Niemniej jednak to tylko zabawka, do tego za parę groszy, a nie artystyczna miniatura 🙂 I tak, wiem, że Mei Li to Chinka, ale potrzebowałam pretekstu, żeby ją wyciągnąć z szafy 😉

Wagary

Uszyłam Kaoru mundurek szkolny w stylu japońskim / mangowym, a ta, zamiast grzecznie potuptać do szkoły, poszła się walać w trawie. Nawet torby z książkami nie wzięła.

antenka 😉

Muszę przyznać, że nie jest łatwo robić jej zdjęcia :/ Ogólnie blade lalki sprawiają mi problemy. Bardzo często twarz wygląda na zdjęciu zupełnie inaczej niż stan faktyczny – albo światło całkiem rozmywa szczegóły, albo zmienia kształt (np. Kaoru często robi się nad wyraz pucołowata ;P ). Zdjęć zrobiłam ze trzy razy tyle, ile widzicie.

Gdybym kiedyś zdecydowała się z nią rozstać, zdecydowanie pchnę marketing w kierunku nawiedzenia 😛 Stopień naciągnięcia gumki powoduje, że lalka robi, co chce i kiedy chce: podkurcza nogi, odwraca głowę, zgina ręce itp. Blada cera i długie czarne włosy (które również robią, co chcą i kiedy chcą) automatycznie spychają myśli w kierunku yurei 😉 Nawiasem mówiąc, niedawno na którymś z Waszych blogów czytałam coś o niewspółpracującej peruce – czarna z pewnością pasuje do tej kategorii jak ulał. Z jakiegoś powodu te wszystkie niesforne pojedyncze włosy widać dopiero po fakcie na monitorze…

Mundurek uszyłam z resztek białego t-shirta (góra + skarpetki) i zbędnej poszewki na poduszkę (dół). Poszewka okropnie się snuje, dlatego odpuściłam zarówno obszywanie wokół dekoltu, jak i kołnierz a la Sailor Moon. Może kiedyś go dorobię z czegoś innego. Buty już widzieliście. Tak naprawdę do mundurka powinnam jej sprawić mokasyny, ale na razie nie mam z czego. Wianek zrobiłam z tego, co odrosło w ogródku po ostatnim koszeniu – stokrotki, całe szczęście, są nie do zdarcia 🙂

Lubię, kiedy lalka jest w stanie ustać sama 🙂 Oraz kiedy przewraca się do tyłu – jeśli już bardzo musi – a nie na twarz… 😉

Miłego tygodnia Wam życzę 🙂

Kokeshi i kokeshi-podobne

Kokeshi pochodzą z Japonii. Tradycyjnie wykonywano je z toczonego drewna. Lalka składała się z dwóch elementów: walcowatego tułowia oraz głowy. Szczegóły takie jak twarz, włosy czy elementy stroju były malowane. Kokeshi zaczęto produkować w regionie Tohoku na początku XIX wieku. Tworzyli je tokarze z odpadów drewna pozostających po wykonaniu przedmiotów wówczas podstawowych w ich profesji – łyżek, talerzy, misek itp. Szczególnie uzdolnieni rzemieślnicy z czasem byli w stanie wyżyć jedynie z produkcji laleczek, po tym jak zyskały one popularność wśród zarówno miejscowych, jak i turystów. Zwyczajowo kokeshi dzieli się na tradycyjne i kreatywne. Laleczki z mojej niewielkiej kolekcji należą zdecydowanie do tej drugiej kategorii.

Najwyższa z moich kokeshi – Semishigure „Pieśń Cykady” – powstała na podstawie projektu Sato Suigai, uznanego artysty japońskiego urodzonego dobre 100 lat temu. Mówię „na podstawie projektu” ponieważ jej sygnatura różni się od oryginalnej, a poza tym nikt raczej nie sprzedałby oryginalnej japońskiej vintage za kilka funciszy. Lubię na nią patrzeć. Wygląda na spokojną i zadowoloną z siebie, jakby wyszła wieczorem przed dom odetchnąć świeżym powietrzem i wygrzewać się w promieniach zachodzącego słońca, słuchając chóru cykad.

a to rzeczona sygnatura właśnie

Kolejna to typowa współczesna kreatywna kokeshi, jakie często spotyka się obecnie w internecie lub w muzealnych sklepikach. Wygląda jak grzeczne dziecko i z jakiegoś powodu kojarzy mi się z biedronką 😛 Nie posiada sygnatury.

O kolejną biłam się wytrwale na eBayu, bo strasznie mi zależało, żeby to niesygnowane cudo przygarnąć.

Jest nieco wyższa od Biedronki, blada jak gejsza w pełnym rynsztunku, wyposażona w wachlarz i nakrycie głowy. To właśnie te dodatki sprawiły, że chciałam ją dołączyć do moich skarbów. I to już wszystkie kokeshi, jakie obecnie posiadam. Dwie kolejne to już produkty kokeshipodobne.

Pierwsza z nich to australijska Kimmidoll. W odróżnieniu od japońskich laleczek, te są zrobione z żywicy i ważą tyle, co spory kamień. Byłam zaskoczona jej gabarytem i wagą, zupełnie inaczej sobie to wyobrażałam, ale jakoś dopasowała się jednak do pozostałych, co ocaliło ją przed lądowaniem w charity shopie 😉

Ostatnia – ko(t)keshi – tak naprawdę w ogóle nie jest lalką. To butelka po koreańskim napoju z serii Kakao Friends (przedstawiająca kotkę Neo), którą obszyłam materiałem o orientalnym wzorze 😛 W oryginale wyglądała tak:

Soczku koniec końców nie wypiłam, za długo stał poza lodówką, a ja nie jestem fanką zatruć pokarmowych. Pustą butelkę obciążyłam kamieniami z ogródka, żeby się tak łatwo nie przewracała. I to by było na tyle 🙂

Cała banda stoi na parapecie (poza Semishigure). Kolory są przypadkowe – udało mi się wylicytować akurat trzy czerwone. Chętnie dołączyłabym do swoich zbiorów oryginalną tradycyjną kokeshi. Można je kupić w internecie lub antykwariatach, czasem widuję je nawet na facebookowym markecie, jednak najchętniej sama bym ją sobie przywiozła z Japonii. Cóż, może kiedyś…

Ostatnia rzecz do zaprezentowania dziś to wspaniała publikacja autorstwa Adrianny Wosińskiej, z której korzystałam, pisząc wstęp do niniejszego wpisu. Uwielbiam wydawnictwo Kirin (założę się, że jest tu na pewno jedna osoba, której tego wydawnictwa przedstawiać nie trzeba 😀 ). W ofercie mają jeszcze publikację stricte o lalkach japońskich. Bardzo bym chciała ją mieć, trzymajcie kciuki za jej dostępność w polskiej księgarni internetowej w UK.

Miłego ostatniego tygodnia maja Wam życzę 🙂

Spectra wiosenna

Może pamiętacie, jak kilka miesięcy temu wspomniałam, że niektóre lalki nie pasują tak samo do różnych pór roku. Spectra najczęściej wychodzi z szafy jesienią i wiosną. I nawet się z tej okazji przebiera 😉

Tym razem nic nowego nie szyłam. Wsunęłam jej plastikowe, dziwnie wygięte ciałko w sukienkę, która powstała jeszcze w Polsce. Tym razem oszczędziłam jej dodatków i taką na wpół saute wpuściłam w moje osobiste bratki.

Zaraz potem przyszła pora na szafirki. Bukiet został zrobiony z tego, co samo się rozsiewa.

Nie bardzo znam się na zwyczajach niezapominajek. W tym roku pokazały się w innym miejscu niż w ubiegłym. Do tego dołączyły do nich fiołki i kilka dzwonków – jednych i drugich nie było w naszym ogródku w zeszłym roku. Oczywiście to lepiej niż gorzej, bo można focić lalkę w ulubiony sposób bez ruszania się z domu na dobrą sprawę 😉 Ruszyłam się jednak w Wielkanoc sprawdzić, czy blue bells już kwitną.

I owszem, kwitną jak szalone 😀

Całe połacie dzwonków pokrywają teraz zalesiony teren w mojej dzielnicy. Pachną, aż się w głowie kręci, można paść.

Spectra padła 😉