„These boots are made for walkin'”…

…but these legs will make you cry. Ale po kolei. Zaczęło się od szycia sukienki na Dal Fiori, co okazało się nie takie łatwe, jak zakładałam. Przede wszystkim problem sprawiło mi dobranie odpowiedniej tkaniny. Jak zwykle na początek złapałam za materiał rozciągliwy, ale ten wcale ładnie nie leżał na lalce. Spróbowałam zatem z bawełną, tą samą, która już posłużyła do szycia na Celine i Kaoru (moje żywice).

Tak to wyszło – nie najgorzej moim zdaniem. Włosy (tu, na zdjęciu robionym telefonem wyszły jakieś rude) zaczesałam do góry. Zaczynam rozumieć, dlaczego tyle osób decyduje się na pozbycie oryginalnych peruk tych lalek. Włosy są sztywne, grube, ciężkie i nie współpracują – a w każdym razie ja sobie z nimi nie radzę.

Do tej sukienki pewnie lepsze byłyby jakieś lżejsze buty, ale kiedy rozebrałam lalkę ze stockowych ciuszków, okazało się, że podkolanówki jakimś cudem zafarbowały jej nogi, mimo że te wciąż były owinięte folią. Co ciekawe, żadna inna część garderoby nie pozostawiła na ciałku śladów, tylko podkolanówki – jedyny element ubranka, poza butam, który stykał się z folią. W efekcie nogi wyglądają, jakby tatuaże się nie przyjęły, za to gangrena owszem.

Nic z tego nie będzie, panie, amputować trza, zanim się rozlezie. Najlepiej przy samej głowie… Myśli natychmiast powędrowały do moich j-dolls – lalek wyprodukowanych przez tę samą firmę – których części ciała także owinięte są folią pod ubrankiem. Prędko nie zobaczę, w jakim są stanie, zostały w Polsce.

Ciałko Dal jest bardzo drobne i być może będę chciała je wymienić, choć raczej nie na obitsu (będące dość typowym wyborem w przypadku tej lalki), bo z tym mam już nieciekawe doświadczenia – skrzypienie, rozklejanie, notorycznie odpadające dłonie… Jedną z kandydatek na ciałkodawczynię jest Shibajuku Girls Suki.

Wyższa o głowę od Dal, nazywana niekiedy pogardliwie podróbką Pullipa, na zdjęciach prezentuje się lepiej niż na żywo. Ciałko jest trochę bardziej beżowe, ale mogłoby się nadać. W Suki spodobało mi się ubranko – widoczna na zdjęciu kurtka ma suwak – a poza tym lalka była niedroga. Ten czarny makijaż ją zdecydowanie szpeci i sprawia, że oczy wydają się bardziej wyłupiaste. Włosy są całkiem dobrej jakości, ale sposób rootowania woła o pomstę do nieba. Miałabym wręcz ochotę ją ostrzyc do gołego plastiku i założyć jej perukę. Oczywiście dopiero po tym, jak ustalę rozmiar tejże 😉 Shibajuku Girls (chyba) już nie są produkowane, w związku z czym potrafią osiągać chore ceny. Wszak wartość lubi rosnąć z brakiem dostępności. Rozmontowanie Suki może zatem nie być najlepszym pomysłem, nawet jeśli została już wyjęta z pudełka. Na razie Dal Fiori zajumała koleżance tylko spinkę 😉

Mangustowo dryfuje coraz szybciej w stronę swego dziesięciolecia. Może by z tej okazji jakiś konkurs? Jak myślicie?

Grudniowy spacer

Mam taki pomysł – dla bezpieczeństwa własnego nie nazwę go postanowieniem – żeby w miarę regularnie wyciągać z pudła Barbie i coś nowego im szyć. Na pierwszy ogień poszła Barbie Glitter Hair 1993, która mimo że gościła już na blogu, to jednak nie miała sesji solo.

Jak widać, załapała się na fotki w tym samym wnętrzu, gdzie niedawno bawiły się chińskie maluszki. Zarówno ściany, jak i mebelki, dla Barbie są trochę za małe, ale na zdjęciu chyba całkiem dobrze udało się to ukryć 🙂

By tradycji z dzieciństwa stało się zadość oraz by do cna zużyć to, co jeszcze nie jest do końca zdarte i zniszczone, uszyłam jej sweter i opaskę ze skarpetki 😀 A tak poza dorabianiem ideologii do faktów, to szkoda mi było się rozstać ze skarpetkami w kotki, kiedy jedna z nich przetarła się na śmierć na pięcie 😛

Bardzo lubię tę lalkę, jest śliczna. Nawet mi nie przeszkadza zanadto, że została pozbawiona kolczyków, z których resztki jednego wciąż tkwią w uchu… Wolałabym jednak, żeby miała własne ciałko – TNT w wersji ze zgiętymi łokciami. Zdjęcia nie oddają za dobrze jej lekko pomarańczowego koloru skóry. Nie jest to tak hardkorowy pomarańcz jak w przypadku plażówek, ale standardowym barbiowym odcieniem też się go nazwać nie da.

O ile mnie pamięć nie myli, w serii były cztery lalki: trzy o moldzie Superstar (blondynka, brunetka i ruda) oraz jedna Christie. Wszystkie miały bardzo długie włosy, topy z palmą i spódniczki mini oraz wielgachne kolczyki w kształcie palm. Kolczyki lalek z ery Superstar często bywały wręcz karykaturalne, czego te palmy były najlepszym dowodem.

Najprawdopodobniej jest to ostatni wpis w tym roku.

Korzystając z okazji, chciałabym Wam wszystkim życzyć

Szczęśliwego Nowego Roku 2022!!!

Spirit of Yule – wpis świąteczny

Niech Wam czas mija przyjemnie, z dala od trosk i sporów, cokolwiek świętujecie lub nie świętujecie 🙂 :*

Główną bohaterką świątecznego wpisu została Stella – moja najbardziej rozsypująca się lalka, a mimo to jedna z bezwzględnie ulubionych. Stoi o własnych nogach, bo urwaną w stawie kończynę udało mi się w miarę bezboleśnie wcisnąć z powrotem na miejsce. Uff!

Z natury swej plastikowej czerwono-zielona Stella stała się pierwszą kandydatką do roli ducha przesilenia zimowego. Do całości brakuje mi tylko gałązki ostrokrzewu z czerwonymi owocami, wówczas byłoby so very British 😉 Całkiem sporo tego tu rośnie, jak i innych zimozielonych roślin, ale tak jakoś głupio zrywać coś z cudzego ogródka, nawet jeśli sterczy za płot…

Strój uszyłam z resztek koronkowej bluzki, która posłużyła już do stworzenia kilku innych lalkowych ubranek (w tym świątecznych sukienek Azonek z zeszłego roku) oraz pozostałości jednej z moich koszulek. Muszę sobie przyznać, że obszywanie Tonnerkowych kształtów idzie mi coraz lepiej, podobnie jak wszywanie rękawów.

Wzgardzona świąteczna zabawka dla kotów…
…jednak na coś się przydała – złapał się jakiś =^.^=

Stella znalazła pod choinką kotka 😉 A Wy?

Jeszcze raz miłego świętowania i do zobaczenia na blogach!

Maluchy się bawią

Cały czas słyszę w głowie głos Ewy gderający, że zaniedbuję blog. Dopóki jest to tylko jeden głos, nie martwię się szczególnie. Dopiero jeśli pojawi się ich więcej, pójdę do specjalisty od urojeń 😉 Jakiś czas temu kupiłam zestaw mebelków Ikea Huset, ten z lalkową wersją regału Kallax. Leżał zapakowany kilka ładnych tygodni, ale dziś wreszcie się to zmieniło dzięki głosowi w mojej głowie 🙂

Szkoda, że mebelki nie są bardziej jednorodne kolorystycznie. Przy niebiesko-różowych ścianach i tak dużo się „dzieje” w pokoiku, którego niepokaźny rozmiar nie pozwala zresztą na zbyt wiele mebli. Mam wciąż problem z doborem właściwych proporcji ścian i sprzętów do wielkości lalek. Zdecydowanie brakuje również akcesoriów. Mimo tego dzieciarnia wydaje się zadowolona z możliwości 🙂

Dopiero po obróbce zdjęć przyszło mi do głowy, co jeszcze mogłam im dorzucić do zabawy. Może następnym razem 🙂

Miłego nadchodzącego tygodnia, nie przemęczajcie się przygotowaniami do świąt 🙂

Ciekawostka okołolalkowa

Ewa mnie dzisiaj pogoniła telefonicznie, że zaniedbuję blog, usiadłam zatem i piszę 😉 Mam co nieco do pokazania, tylko z czasem (i światłem) na obfocenie dóbr kiepsko. Na rozgrzewkę ciekawostka – znalezisko ze spaceru. W dwóch miejscach w mojej dzielnicy (a w każdym razie dwa znalazłam, jak dotąd) ustawione są na płotach „biblioteczki” – niepotrzebne ludziom szafki z tak samo niepotrzebnymi już książkami. Czasem coś z nich wyciągam, czasem coś dokładam. Niedawno wpadła mi w zmarznięte łapki malutka książeczka.

Tytuł można przetłumaczyć jako: „odkrywanie zabawek i muzeów zabawek”. Jest to miniprzewodnik z lat 70. (a więc trochę starszy ode mnie) po zabawkowych zbiorach lokalnych muzeów. Zawiera także krótkie objaśnienia poszczególnych rodzajów zabawek i kilka czarno-białych zdjęć. Spis uporządkowany jest alfabetycznie według hrabstw. Autorka, Pauline Flick, jest (lub była) kolekcjonerką i entuzjastką staroci. Napisała także książki o domkach dla lalek, mebelkach, figurkach kotów i ogólnie starych zabawkach. Jednym słowem – swoja kobieta.

Ponieważ książka wydana została prawie pół wieku temu, można się zastanawiać, czy wszystkie wspomniane w niej miejsca jeszcze w ogóle istnieją. Na pewno dwa w Londynie – Museum of Childhood, z którego zdjęcia prezentowałam parę lat temu, oraz Pollocks Toys Museum, które podziwiałam przez szybę i do którego jakoś dojść nie mogę, bo albo zamknięte, albo mi akurat nie po drodze. Co do innych pogooglamy, zobaczymy. Zawsze to kolejne pomysły na wycieczki 🙂

Typowy wpis jesienny

Też tak macie, że pewne lalki pasują Wam bardziej do jednych pór roku, a do pozostałych mniej? Spectra zdecydowanie preferuje jesień, ewentualnie wczesną wiosnę. W pozostałe pory roku w ogóle nie wystawia z pudła nawet czubka nosa.

W tym roku nawet nie dostała nowego ubranka… Na jesienny spacer wcisnęła się w ulubioną starą sukienkę i starą czapkę. Ozdóbka na czapce to jedyna nowość w tym sezonie.

– Co tak wcześnie spod ziemi wyłazisz? – spytała Spectra.
– Ciebie mógłbym spytać o to samo – burknął pierwiosnek.

Aparat, o dziwo, pracował normalnie, czym sprawił mi wielką niespodziankę. Tylko czy można mu wierzyć, że tak zostanie na dłużej? Spectra jest może ciut za niebieska na zdjęciach robionych w cieniu, ale i tak było o wiele lepiej niż przez ostatni rok…

Zdjęcia robiłam jak zwykle w dzielnicy, w której mieszkam i w pobliskim parku Headington Hill. Mimo ładnej pogody wszędzie było pustawo, miałam zatem mnóstwo swobody.

Po drodze do parku szłam przez cmentarz, na którym w zeszłym roku robiłam zdjęcia Stelli, zanim odpadła jej noga. Spectrze na razie nic nie odpadło, ale przezroczyste części ciałka, zwłaszcza dłonie, zaczynają robić się żółtawe. Nie można powiedzieć, że to wpływ światła słonecznego, jest przed nim dobrze zabezpieczona przez większość roku.

Momiji-gari lokalnie. Kasztanowych ludzików już dawno nie robię, ale minibukiety z liści to inna sprawa 🙂

Kiedy zaczęłam usadzać lalkę do tego zdjęcia, zobaczyłam, że w naszą stronę zmierza rączym galopem rozentuzjazmowany labrador. Zdążyłam ją podnieść i wstać, zanim została psim gryzakiem. Uff!

Miłej jesieni Wam życzę 🙂

La Catrina na Halloween

Nadszedł mój ulubiony dzień w roku. Co prawda nie do końca mogę go spędzić tak, jak bym chciała, bo: a) spóźniłam się z kupnem dyni, b) jutro do pracy, ale sama świadomość daty jest miła. Pogoda w sam raz na siedzenie w domu i oglądanie horrorów (jakbym przez pozostałą część roku nie oglądała, nie? 😛 ) Brexit i covid zaważyły w tym sezonie na asortymencie halloweenowych pierdółek w sklepach, więc cóż było robić? Zrobiłam sobie sama.

Od pewnego czasu fascynuje mnie meksykański kult Santa Muerte. Jego centralna figurą jest sama śmierć w postaci żeńskiego bóstwa uzdrawiania, ochrony i bezpiecznej podróży na tamten świat. Kult, uznawany przez Watykan za bluźnierczy, rośnie w siłę zwłaszcza wśród ludzi doznających wykluczenia z różnych powodów. To jednocześnie straszne i przykre, że dla niektórych śmierć jest tak powszechnym zjawiskiem, że aż staje się bóstwem, u którego szuka się pociechy. Santa Muerte wygląda trochę jak dziewica Maryja, z tą tylko różnicą, że jest szkieletem. Miałam zamiar sobie taką zmajstrować, ale mi nie wyszło z prozaicznego powodu – nie dostałam nigdzie szkieletu ani choćby czaszki w odpowiednim rozmiarze i względnej jakości. Miałam za to zbędny łeb Livki z wydłubanymi oczami i czarny marker – i tak powstała La Catrina.

La Catrina to postać związana z obchodami święta zmarłych w Ameryce Łacińskiej – Dia de Los Muertos. Obecnie na świecie jest to popularny motyw zdobniczy gotyckich ciuchów, akcesoriów i wszelakich przydasiów i chyba za bardzo nikt nie myśli, że w pewnych kulturach ma to znaczenie sakralne. Pierwotnie La Catrina była przedstawiana jako szkielet ubrany bogato i zgodnie z europejską modą, wyobrażała bowiem postać z górnych warstw społeczeństwa, która mimo uprzywilejowanego żywota nie wywinęła się spod kosy. Takie jej przedstawienie spopularyzowała grafika Jose Guadalupe Posady na początku XX wieku.

źródło: Wikipedia

Wizerunek La Catriny przypomina o równości wszystkich w obliczu śmierci. Z czasem trupią czaszkę zastąpiła tzw. calavera (sugar skull) i właśnie takie jej oblicze zostało najbardziej rozpowszechnione. Po ten motyw sięgnął już Mattel w kreacji Skelity Calaveras z Monster High oraz w obecnej kolekcjonerskiej serii lalek Barbie. W Ameryce Łacińskiej w dniu święta zmarłych (2 listopada) odbywają się festiwale, których częścią są pochody La Catrin w wydaniu zarówno żeńskim, jak i męskim. Postać ta ma przypominać, że śmierci nie należy się bać, tylko ją zaakceptować, a życie trzeba celebrować, póki trwa. Amen.

Nie będę twierdzić, że mażąc markerem po twarzy Livki stworzyłam wiekopomnego ooaka, bo nie stworzyłam. Tak naprawdę nie myślałam za wiele o tym, co robię. Pomazana głowa spędziła tygodnie zatknięta na jeden z ołówków. Potem na miejsce oczu wsadziłam dwa białe pimponki i pomyślałam, że może coś na krótką metę z tego będzie. Marker nie jest najlepszy do malowania lalek, chyba że chce się je zepsuć. Na pewno natomiast łatwiej się nim operuje niż pędzelkiem.

Sukienkę i wianek uszyłam, korale już dawno zrobiłam dla Tonnerek, ciałko od sztywnej współczesnej Barbie, a peruka od Moxie Teenz. Na Halloween może być. Na myślenie o przykrych rzeczach nieuniknionych też…

Happy Halloween!

Powrót Sindy

Sindy Pedigree żadnemu kolekcjonerowi lalek przedstawiać nie trzeba. Była nowością w latach 60. XX wieku, a dziś jest jedną z popularniejszych lalek vintage, przez co potrafi osiągać zawrotne ceny. Kilka lat temu doczekała się nawet wskrzeszenia przez samego Roberta Tonnera. Jakiś czas temu przeszła także drastyczną zmianę wizerunkową, po której z dawnej świetności pozostała tylko nazwa. W tym roku jednak firma zdecydowała oddać do rąk dzieci (i kolekcjonerów) odświeżoną Sindy ponownie w wersji fashion doll. Wszystkie dostępne obecnie lalki można obejrzeć tutaj: https://www.sindyplay.co.uk/

Jak widać, lalki sprzedawane są w zestawach tematycznych. Pudełko jest częścią zestawu, a dodatki nie tylko plastikowe, ale także – ekologicznie – z papieru. Całość odpakowuje się dość łatwo: po odklejeniu lub przecięciu naklejek zabezpieczających otwiera się je jak książkę. W środku lalkę trzymają tylko dwie plastikowe wytłoczki. I na tym etapie objawił się pierwszy problem…

Nawet nie zdążyłam jeszcze wyjąć lalki z wytłoczki, kiedy ze środka wypadła ułamana stopa w bucie. Najnowsza wersja Sindy ma stopy artykułowane w kostkach. Przeszło mi przez myśl, zanim ją kupiłam, że w ten sposób może podzielić los Momoko, która słynie m.in. z łatwo odpadających stóp. Sindy kosztuje znacznie mniej niż lalka Sekiguchi, jednak rozczarowanie uszkodzonym, nowym produktem to nie jest to, na co się czeka. Wściekłam się strasznie, częściowo dlatego, że to nie była pierwsza rzecz, jaka mi się nie powiodła w minionym tygodniu. Napisałam zarówno do firmy Pedigree, jak i do przewoźnika. Następnego dnia wymieniono mi lalkę.

Nowa lalka ma obie stópki przymocowane do ciałka (w każdym razie jeszcze ma…), natomiast kiedy wyciągałam ją z wytłoczki, wypadła mi, bo nie jest w żaden sposób przymocowana do plastiku. Spociłam się zgrozy na ten widok, ale na szczęście przeżyła upadek. Włosy są gęste, a fryzura trąca latami 60. mimo współczesnej kolorystyki. Czy Sindy ma w środku klejoglut, nie udało mi się stwierdzić – głowę wykonano z twardego winylu. Ubranko jest przeciętnej jakości, ale ładnie uszyte.

Tu wspomniane wyżej kartonowe dodatki i wykorzystanie pudełka jako części zestawu. Muszę przyznać, że widzę w tym sens i spójność z promowaną w UK ideą 3R dla śmieci: reduce, reuse, recycle. Chodzi o to, by daną rzecz wykorzystać do maksa, a potem przerobić. Nie będę się tu rozwodzić nad tym, czy to wychodzi i jak, bo to w końcu blog lalkowy, w każdym razie Sindy została zaprzęgnięta do pracy u podstaw. Zakładam, że firma zrobiła jakieś badania marketingowe, zanim zdecydowała, jakie zestawy tematyczne wypuści. Wszystkie lalki zajmują się albo modą i urodą, albo zwierzętami, tylko fioletowa prowadzi piekarnię, a szatynka tańczy. Tradycyjnie, powiedziałabym.

Dodatki do zestawu to plastikowe ciastka i napoje, gazetka i fartuszek. Kolorystyka raczej typowo dziewczynkowa: róże i fiolety. Trochę mi to przypomina zestawy Licci pokazywane na blogu coffeanddolls. Całkiem podobają mi się te ciastka. Buty mają ładnie wytłoczoną podeszwę i tym dobrze imitują prawdziwe. Gazetka się rozpada, kiedy za mocno ją rozciągnąć… niedelikatna byłam, no 😛 W środku jest ciacho do pokolorowania, wykreślanka, instrukcja mycia włosów lalki i oczywiście zajawka pozostałych modeli. W latach 80. człowiek dałby się kroić za samą taką gazetkę i możliwość pogapienia się na niedostępne wtedy cuda 😉 Są także przedstawione dodatkowe stroje, skąd płynie łatwy wniosek, że Pedigree planuje wypuścić również fashion packi.

Podoba mi się to kigurumi 🙂

Pewnie zauważyliście, że mimo płaskiej stopy i artykulacji, lalka nie stoi sama :/ To chyba jej największa wada, obok łamliwych kończyn. Sama spotkałam się tylko z ułamaną stopą, ale słyszałam, że w kolanie też potrafi… Kiedy próbowałam postawić lalkę, działo się to:

Sindy ma dużą ruchomość w stawach biodrowych, które chodzą bez najmniejszego oporu. Lalka może wykonywać fantazyjne, zaprzeczające ludzkiej anatomii szpagaty, ale ustać nie ustoi. Do tego staw w kostce z kolei jest ciasny, więc stopy muszą pozostać pod losowych kątem, jeśli nie chce się ryzykować ich złamania. Sindy ma także ponad miarę skrętną talię – 360 stopni. Ciężka głowa i ogromna ilość włosów również nie ułatwiają jej ustawienia.

Twarz brzydka nie jest, wręcz przeciwnie – urocza z tym odrobinę gamoniowatym wyrazem – a detale namalowane są z dbałością o szczegóły. Całość na pierwszy rzut oka zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, ale po rozpakowaniu i obmacaniu dałabym najwyżej 3/5. Spodziewam się, że całkiem niedługo rzesza Sindy bez stóp zasili charity shopy. Na chwilę obecną nie jestem przekonana, czy fioletowa zagości ponownie na tym blogu, ani czy w ogóle ją sobie zostawię. Z drugiej strony może powinna dostać szansę na jakąś stylizację retro?

wspólna fota na pamiątkę

Zdjęć dosłownie pięć

Zarobiona jestem ostatnio. To jest mój pierwszy niepracujący weekend po trzech poprzednich. Popołudniami staram się pchać do przodu zaliczenia i inne zobowiązania, a wieczorem padam na pysk przed 22. Liczę, że to się wkrótce zmieni, bo zatrudniono nowych pracowników, którzy przejmą część obowiązków. Z tego powodu dziś na (bardzo) szybko dwie nowości: Petra i Christie.

cyklameny posadziłam 🙂

Graduation Barbie Christie Special Edition 1997 kupiłam na eBayu za jakieś 5 funtów. Z jej oryginalnego stroju pozostało tylko nakrycie głowy, wciąż oryginalnie zamocowane. Poza tym miała na sobie ubranko Barbie Businesswoman (wg opisu sprzedawcy) częściowo widoczne na zdjęciu. Spódnica to ciekawy wynalazek – jest dwustronna. Tu na stronie mniej biznesowej. Na strój składają się jeszcze czerwone body z udawanym naszyjnikiem z perełek i marynarka oraz akcesoria: czarna torebka, kubek, komórka, laptop i folder z dokumentami. Nie mam bladego pojęcia, od której dokładnie Barbie pochodzi ten strój, googlanie nie przyniosło efektów. W każdym razie na ciałko TNT pasuje jak ulał.

Petrę Lundby kupiłam od koleżanki z Facebooka. To moja pierwsza i jedyna Petra – póki co. Ma bardzo miły pyszczek, a włosy są świetnej jakości. Przypomina mi trochę Sindy Hasbro z twarzy. Przyleciała z PL w ubranku widocznym na zdjęciu, sprawiając mi niespodziankę, bo spodziewałam się golasa 🙂

A to spódnica w wersji biznesowej. Całkiem podoba mi się ten pomysł, muszę kiedyś spróbować uszyć coś podobnego. Warstwa czerwona jest zrobiona z tiulu, do tego krótsza, dlatego dobrze się chowa pod grubszym materiałem i nie deformuje kształtu spódnicy.

Z marynarką pod pachą 🙂 Dopiero robiąc to zdjęcie zauważyłam, że jej ręce mają różne pozycje. Percepcja mi słabuje ze zmęczenia…

Wszystkie moje Christie razem. Każda inna 🙂

Pennyłajza

TRIGGER WARNINIG: klauny

Dawno mnie tu nie było – niezamierzenie. Ale przynajmniej wracam z ukończonym projektem 🙂 Wszystko zaczęło się od kupienia lalki na Aliexpressie. Chociaż nie. Wszystko zaczęło się od ekranizacji powieści Stephena Kinga pt. To z 1990 roku. Miałam z piętnaście lat, kiedy obejrzałam obie części filmu i mimo że pierwszą widziałam już jakiś czas wcześniej, za drugim podejściem wszystko wywarło na mnie dużo większe wrażenie. Po seansie nawet śniło mi się, że do klamki u drzwi mojego pokoju przywiązany jest balonik, czerwony, który pękł na granicy jawy i snu…

Lalkę na Aliexpressie kupiłam jakoś w zeszłym roku. Na zdjęciu wyglądała słodko i uroczo. Po rozpakowaniu mina mi zrzedła straszliwie. Sukienka, zamiast niebieska, okazała się szarawa, do tego uszyto ją z niezwykle marnej, sztucznej tkaniny. Sama lalka wyglądała trochę jak zleżała topielica: sinoblada, z rzadkimi włosami, przez które prześwitywał plastik czaszki, i płaską facjatą. Masakra. Całe szczęście nie są to drogie rzeczy, nie dostałam zatem wścieku, a lalka wylądowała w szafie do czasu aż wymyślę, czy na coś mi się przyda. Zdjęcie promo na Aliexpressie przedstawia się tak:

źródło: aliexpress

Jakiś czas później, podczas gdy chińska niepiękność leżakowała w szafie, obejrzałam nową ekranizację To. Podobnie jak poprzednia i ta została została pocięta na dwie części. Obejrzałam ją w czterech, bo tak potwornie się nudziłam, że zasnęłam w środku najpierw pierwszej, potem drugiej. Oczywiście to nie musi źle świadczyć o filmie. Natomiast na pewno świadczy o tym, jak ogromny mam sentyment do ekranizacji z lat 90. i do ówczesnego wizerunku złego klauna Pennywise’a.

mój ci on! – zdjęcie z internetu (kadr z filmu)
zdjęcie z internetu (kadr z filmu)

Taki był w latach 90. Kolorowy jak sama tęcza, a jednocześnie mroczny niczym odbyt samego Szatana 😛 I chyba to mnie najbardziej ujęło w nim – że zło nie musi być ewidentne, żeby być przerażające i zabójcze. I z tego sentymentu oraz focha na nową ekranizację i Aliexpress powstała Pennyłajza.

Skończyłam szyć jej strój dosłownie z godzinę temu. Powstawał na raty. Najpierw urwałam łeb i zrerootowałam akrylową włóczką w dwóch odcieniach czerwieni. Na rajty poświęciłam podkolanówki własne, nówki nieśmigane. Dalej powstały bluzka i spódnica z żółtej lycry. Dziś dodałam pompony i zszyłam je w jedno. Także dziś powstały kamizelka z filcu i lakieru do paznokci oraz kołnierz z tiulu od oryginalnej sukienki lalki. Wiem, że kolory trochę nie te – brakuje zieleni i fioletu – ale strój (sukienka przecież) z założenia jest jedynie inspirowany wdziankiem Pennywise’a. I muszę sobie przyznać, że całkiem mi się ona podoba w tej stylizacji.

Ciałko to wydmuszka, ale całkiem fajnie artykułowana, podobnie jak u mojego pierwszego nabytku z Ali, siwowłosej. Ma co prawda bardzo dziwnie zaznaczone obojczyki, ale ten strój dobrze je ukrywa. Mogłam jej zrobić makijaż dla pełniejszego efektu, ale… wszyscy wiemy, jak robię lalkowe makijaże… Poza tym bez niego lalka może mieć bardziej uniwersalne zastosowanie.

A to mój nieodłączny towarzysz Schizo (mini Pennywise). Na chwilę wyskoczył dziś z mojego plecaka trochę się poprzytulać 😉 Pennywise’a 1990 można także kupić w postaci figurek czy Living Dead Doll. Mam na niego oko, jak słusznie przypuszczacie 🙂

taka jestem słodka dziewuszka 😉

Sentyment pozostał, mimo że jakieś sześć lat temu Pennywise’a zdetronizował w moim osobistym rankingu strasznych klaunów Art the Clown. Ten to jest dopiero czubek… Oszczędzę Wam tutaj oglądania jego twarzy urokliwej inaczej. Kto ciekaw, sam sobie znajdzie, a co złego, to nie ja 😉 🙂