oDwALiło mi…

Odwaliło mi w tym lockdownie…

Zachciało mi się Dala, a ja przecież nie lubię dyniogłowych… Rety, rety, co to będzie dalej? Poppy Parker? 😛

Miałam już Little Dal, Taeyanga i Tangkou. Wszystkie poszły w ludzi, chociaż ta pierwsza głównie z powodu denerwującego obitsu, ten drugi również głównie przez ciałko, a Tangkou właśnie ze względu na dyńkowaty łeb, który utrudniał upozowanie jej do zdjęć. Sprawienie sobie kolejnego Dala, tym razem pełnowymiarowego, to superpomysł w tych okolicznościach…

Z drugiej jednak strony podobno nie da się dwa razy wejść do rej samej rzeki. Może tym razem będzie inaczej. Poza tym prestiż kolekcji trzeba podnosić, nie? 😛 Chociaż w sumie nie wiem, czy Dal też działa na niego dodatnio, czy tylko Pullip 😉

Dal Fiori wypatrzyłam na eBayu. Stan NRFB. Z informacji znalezionych w necie wynika, że ten model utknął w swoim pudle na długie 14 lat. Ponieważ to w sumie już pewien rarytas kolekcjonerski, potrafią wołać za nią ponad pięćset dolarów. Ja zapłaciłam ułamek tej ceny. Pullipy i Dale były bardzo popularne, kiedy zaczynałam swoją przygodę z lalkowaniem prawie 9 lat temu. Z czasem jakoś o nich ucichło. Kupić je teraz już nie tak łatwo, a ich ceny są znacznie bardziej kosmiczne niż mogę znieść. Jak widać na załączonym obrazku, natychmiast umniejszyłam wartość kolekcjonerską lalki i wydłubałam ją z pudełka.

Pudełka od produktów Jun Planning nie poddają się łatwo. Kiedy w końcu udało mi się wyszarpać kartonik z przyczepioną lalką, stanęły mi przed oczami przeszłe zmagania z rozpdełkowywaniem J-doll. „W mordę”, pomyślałam. „To przecież ten sam producent, łatwo nie będzie. To może kiedy indziej.” I schowałam całość z powrotem do pudełka tylko po to, by za chwilę znów je wyjąć, tym razem uzbrojona w nożyczki i nożyk modelarski. Koniec końców aktu destrukcji stanu NRFB dokonałam palcami. Wydaje mi się (albo pamięć już nie ta, w końcu czterdziestka przekroczona parę miechów temu 😛 ), że J-doll było trudniej wyłuskać z zabezpieczeń. Obie lalki są tak samo zabezpieczone przed ewentualnym odbarwieniem plastiku – pod ubrankiem znajduje się folia.

Ujęła mnie ta malutka laleczka, która wydaje się być miniaturką Dal Fiori. Jak na takie maleństwo jest całkiem porządnie uszyta. Wszystkie dodatki są wykonane dokładnie i dość miłe dla oka. Ubranko obu przypomina mi trochę kreację mojej Mackie Tokyo Pop z dość oczywistych względów.

Prawdopodobnie zrobiłam błąd rozczesując loki, ponieważ lalka bardzo niekoniecznie wygląda tak, jak na zdjęciu promo. Ma łeb jak sklep, nie da się zaprzeczyć, a ciałko jest drobniejsze niż się spodziewałam, tzn. mniejsze nawet od Tangkou. To w ogóle chyba pierwszy Dal (poza tamtą małą na kluskowatym obitsu) jakiego widzę na żywo. Oczy się nie zamykają, ale można je przesuwać za pomocą małej dźwigni pod włosami w prawo i w lewo.

Ta mała lalka lalki trochę mnie prowokuje, żeby sprawdzić, jak mnie by wyszło zrobienie takiej. Może Fiori założy kolekcję?

Na koniec małe porównanie:

Swego czasu napisałam – a w każdym razie wydaje mi się, że wyartykułowałam to na tym blogu – że twarz mojej pierwszej laleczki z Aliexpressu przypomina mi Dal. Teraz można zobaczyć, na ile to skojarzenie było trafne. Dal na pewno ma szerszą twarz – o proporcjach raczej nie muszę wspominać. Nosy obu lalek są wąskie i dość zadarte, obie także mają pełniejszą dolną wargę, co nadaje ich buźkom lekko obrażonego i/lub smutnego wyrazu. Kiedyś „foch” był zresztą popularnym określeniem Dal.

Jak widać, chińskie siwe dziecko ubrane jest do pogody. Czeka na śnieg i chyba się nie doczeka, a chciała się zaprezentować w kilku nowych uszytkach. Możliwe, że znajdę czas na spacerek z nią całkiem niedługo, z powodu nowych obostrzeń mamy kończyć pracę jak najszybciej. Do zobaczenia zatem!

The Puppet Master 3: Toulon’s Revenge – Władca Lalek 3: Zemsta Toulona (1991)

Witajcie w Nowym Roku! Oby nie był gorszy niż poprzedni 🙂

Słowo się rzekło, lalkowy horror obejrzany podczas lalkowego szycia nie będzie dłużej czekać na recenzję. O pierwszej części serii The Puppet Master pisałam na Mangustowie dokładnie 13 września 2013 roku – czyli ponad siedem lat temu. Zleciało, nie? Przypomnę, że cykl został stworzony przez Charlesa Banda, człowieka, który ma na koncie wiele horrorów z lalkami w roli głównej.

Prawdę mówiąc chciałam obejrzeć część drugą, ale nie mogłam jej nigdzie znaleźć. Padło więc na trójkę. Akcja filmu toczy się w Berlinie w 1941 roku. Andre Toulon, lalkarz, wraz z ukochaną żoną prowadzi teatrzyk dla dzieci. Podczas przedstawień – odważnie, acz średnio rozsądnie – wyszydza politykę hitlerowskich Niemiec i samego Adolfa. W ten sposób ściąga na siebie uwagę władz oraz wielkie kłopoty. Jeden z widzów, podający się za kolegę po fachu Toulona, to w rzeczywistości nazistowski żołnierz. Jego szef, major Kraus (w ten roli Richard Lynch, aktor o charakterystycznej, poparzonej twarzy) akurat pracuje nad stworzeniem nieśmiertelnych, a w każdym razie niezabijalnych i nieczułych na ból, jednostek wojskowych. Kiedy podwładny przybiega z rewelacją, że Toulon potrafi tchnąć życie w przedmioty, major składa władcy lalek wizytę, której konsekwencji nikt nie przewidział…

Tak jak i część pierwsza, tak i trzecia ma swoisty urok. Scenariusz, choć prosty i nie należy do arcydzieł światowej kinematografii, jest dość spójny i nie nuży. Horror ten powstał na początku lat 90. i, jak przystało na produkcję z tamtego okresu (oraz na Charlesa Banda), nie owija w bawełnę – jeśli lalki robią komuś krzywdę, to dokładnie widzimy, co i jak się odbywa.

Nie od razu rzuciło mi się to w oczy, a raczej w uszy, że lalki we Władcy Lalek nie mówią, w przeciwieństwie do np. Chucky’ego, który nawija w zasadzie bez przerwy. Należy im to zapisać na plus, dzięki temu są bardziej tajemnicze.

The Puppet Master 3 to także historia powstania dwóch lalek z „głównej drużyny” Toulona: Blade’a i Leech Woman. Filmów w serii jest, o ile się orientuję, grubo ponad pięć. Może kiedyś obejrzę je wszystkie. Tak naprawdę nie polecam ich szerokiej publiczności – są specyficzne. Jeśli ktoś jednak darzy sentymentem tak lalki, jak i klimat horrorów z lat 80. i wczesnych 90., nie powinien poczuć się rozczarowany seansem.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z internetu.

Santa’s Little Helpers

Obszyłam świątecznie Azonki! 😀 Sama nie wierzę, że to się udało 🙂 Wymagało to sporo czasu. Chciałabym powiedzieć, że zawdzięczam to fantastycznemu zmysłowi organizacji, ale wcale tak nie jest 🙂 Ubrałam też malutką choinkę, niektórzy widzieli już na fb. Święta w tym roku będą inne niż zwykle, ale to nie znaczy gorsze 🙂

Zdjęcia zrobiłam aparatem, z którym ewidentnie jest coś nie tak, nie mogę jednak ciągle się tym zamartwiać.

Sukienki lalek powstały z wyłącznie dwóch surowców: koronkowej bluzki z lumpka oraz kawałka zielonej tkaniny, którą dała mi Ewa w zeszłym roku. Pomyślałam sobie, że lalkowe hobby pod tym względem wpisuje się w ideę zrównoważonej produkcji: stare ciuchy nie zaśmiecają dodatkowo Ziemi, tylko zmieniają swoją formę, nadal komuś służąc.

Nie myślałam o tym, czy kolory będą twarzowe (chyba są), chciałam uszyć kreacje w barwach typowo świątecznych i w podobnym stylu. Wyszło w zasadzie lepiej niż początkowo zakładałam. Przy szyciu mam zwyczaj oglądać filmy lub słuchać creepypast. Obszycie całej trójki trwało tyle, co Puppet Master 3: Zemsta Toulona (recenzja nadciąga!), pięć odcinków drugiego sezonu Mrocznych Materii oraz trzy odcinki filmów przyrodniczych Davida Attenborough.

Butów im nie założyłam celowo, żeby można było bez przeszkód podziwiać uszytki na nogach 😛

Moja choinka jest tak mała, że łańcucha nie dałam rady na nią wepchnąć, czułam się zatem zmuszona poszukać dla niego innego angażu na ten rok 😉

Pozostaje mi życzyć Wam Wesołych Świąt, czy to Bożego Narodzenia, czy Szczodrych Godów, czy po prostu nicnierobienia 🙂 W jakiejkolwiek formie je spędzacie, bądźcie zdrowi i szczęśliwi ❤

🙂

Nowości cz. 2

Muszę sobie przyznać, że rozpędu to nie mam ostatnio. Jakoś grzęznę we wszystkim i blog leży odłogiem, mimo że na lalkowanie mam naprawdę dużo ochoty. Obiecanych nowości część 2 miała, zgodnie z moim zamysłem, pokazać się dosłownie po paru dniach i co? I nic. Zapraszam dziś na (znów) brzydkie zdjęcia.

Jakiś czas temu spodobały mi się mattelowskie lalki przedstawiające wrestlerki. Przez dłuższy czas miałam tylko jedną, Alicię Fox. Latem udało mi się kupić niedrogo Evę Marie…

…oraz Becky Lynch. Tu nie będę polemizować, one naprawdę są rude 🙂

Becky-lalka została obdarzona bardzo miłym wyrazem twarzy, a tak naprawdę straszny z niej zakapior 😉 Można obejrzeć na youtube, jeśli dacie radę znieść ten dość kiczowaty teatr, jakim jest wrestling.

Becky była dostępna jeszcze w zestawie z drugim ubrankiem, ale bardzo spodobały mi się te steampunkowe spodnie 🙂 Eva Marie natomiast zdaje się nie mieć żadnej dodatkowej edycji. Spośród lalek WWE nie pogardziłabym Alexą Bliss, ale cena mi się nie podoba :/

Jak wiadomo wyciągnięcie z szafy lalkowego majdanu natychmiast powoduje pojawienie się co najmniej jednego kota, który uwala się w samym środku tegoż…

Kolejna nowość to głowa Licci! A raczej jej podróbka – nie wydaje mi się, żeby Aliexpress sprzedawał oryginalne. Znacznie mniejsza i jaśniejsza niż się spodziewałam, w związku z czym plany jej ocielenia spełzły na niczym, póki co. Chyba będę musiała zamówić Pure Neemo dla niej. Kupiłam specjalnie Livkę, bo jakoś zapamiętałam, że miały dość jasne ciałka, ale okazało się zbyt żółte. A głowa sama w sobie okazała się z bliska tak słodka, że nawet mnie mdli 😉

A tak prezentują się moje nowe nabytki razem 🙂

Muszę częściej robić wielkolakowe zdjęcia. Kiedyś robiło się takie głównie na lalkowych spotkaniach, ale to już przeszłość… W każdym razie z lalkowego hobby nie rezygnuję, mimo że uprawiam je obecnie głównie w samotności – za dużo przyjemności daje 🙂 W ciągu najbliższych paru dni chciałabym obszyć świątecznie moje Azonki. Zobaczymy, jak mi pójdzie.

Dobrego nowego tygodnia wszystkim! :*

Autopromocja w Dzień Misia

Misia żadnego nie mam akurat pod ręką, ale wiem, gdzie będzie można między innymi o misiach poczytać. 30 listopada odbędzie się premiera kobiecej antologii grozy pt. Zabawki. Jest to pierwsza polska antologia grozy, której autorkami są wyłącznie kobiety – podobno jest o nas, babach piszących grozę, za cicho, więc Magdalena Paluch z portalu Grozownia oraz Wydawnictwo IX postanowiły to zmienić. 13 autorek, w tym ja, zaprezentuje swoje podejście do tematu zabawek. Bawicie się czy za bardzo się boicie? 😉

Oficjalny opis:

13 autorek o bardzo różnych charakterach stworzyło kobiecą antologię, którą łączy jeden motyw… ZABAWKI. Misie, lalki, pozytywki, puzderka a nawet gadżety dla dorosłych mogą być świadkami przerażających historii, opowiedzianych w tej niezwykłej książce, będącej wynikiem projektu #grozajestkobietą, zapoczątkowanego przez portal Grozownia. Pamiętajcie, że zabawkami możemy się bawić, ale też nimi stać w rękach innych, najczęściej złych sił.

Zbiór opowiadań, który trzymasz w rękach, Drogi Czytelniku, to efekt projektu zapoczątkowanego na portalu Grozownia w marcu 2019 roku. Wtedy właśnie rozpoczęłam cykl wywiadów z wybranymi przedstawicielkami polskiej literatury grozy, który nazwałam »Groza jest kobietą«”. – ze wstępu Magdaleny Paluch.

Promocję książki wspomaga zabawkowy zwiastun:

Normalnie trzymam swoją twórczość wszelaką na ogół z dala od bloga, a w każdym razie dawno się nie chwaliłam. Pisanie horrorów i lalki to dwa różne hobby, ale w przypadku Zabawek akurat się spotkały 🙂 Jak wiadomo w Polsce horror to wciąż nisza, pewnie trochę mniejsza niż kolekcjonowanie lalek czy ogólnie zabawek, ale za to podobnie usyfiona szkodliwymi stereotypami. O statusie kobiety nawet nie będę zaczynać…

A jakby kogoś zainteresował zeszłoroczny wywiad ze mną na Grozowni, służę linkiem:

Nowości cz.1

„Nowości” to trochę nadużycie, ponieważ część lalek, które Wam pokażę w tym wpisie i następnym, leży w szafie już od miesięcy… Jakoś się nie składało, żeby je wyciągnąć wcześniej. Lalki pochodzą z kilku źródeł, nowe i używane, oryginalne i składaki.

Jako pierwsza zaprezentuje się głowa z Aliexpressu na ciałku również z stamtąd. Nago 😛

O ile się orientuję (proszę mnie wyprowadzić z błędu, jakby co), ta twarz – bo nie wydaje mi się, że to oryginalna Takara – należy do mamy Licci. Urzekła mnie słodycz tego oblicza. Toż to samo dobro – naleśniki, miękkie poduszki, kwiatki i cukierki. Do głowy dokupiłam ciałko typu artykułowana wydmuszka z nieco grubszego plastiku. Całkiem fajne, podoba mi się zwłaszcza praca rąk. Nóżki trochę za chude jak na mój gust, za to cycki, jak to rzekła, zdaje się, Bridget Jones, pokazują północ niezależne od pozycji ciała. Co więcej, te cycki mają sutki.

Kolejna zaleta tego ciałka to małe i bardzo zgrabne dłonie. Ręce są artykułowane bardziej niż nogi, które zginają się w kolanach, ale nie ma żadnej możliwości przekręcenia ich na bok. Zginają się także kostki płaskich stóp, które bez problemu można odziać w barbiowe buty. Z ubrankami trochę gorzej, bo ciałko należy do dość szczupłych – tak szczupłych, że najlepiej pasowała do niego spódniczka Spectry.

Zdecydowanie powinnam odświeżyć garderobę moich lalek, niby pełno tego wszystkiego, a jak przychodzi co do czego, to trudno dobrać górę i dół, by nie wyglądały całkiem przypadkowo.

Lubię, kiedy ręce lalki stwarzają większe możliwości artykulacyjne. Nogi mogę przebaczyć. Mama Takara, jak widać, potrafi nimi wyrazić jakieś tam emocje, w tym strzelić facepalma 😉 Największym mankamentem całości są włosy lalki. To, jak sądzę, to samo tworzywo, z którego zrobione są włosy mojego chińskiego, siwego dziecka, tylko zakręcone w loczki. I te loczki to prawdziwa masakra. Trzeba było zostawić nieczesane, bo strasznie się puszą. Na zdjęciach i tak nie wyglądają najgorzej, ale przestrzegam przed szczotkowaniem tego paskudztwa. Albo nie ruszać, albo reroot.

Druga nowość to prezent urodzinowy dla mnie ode mnie. Takie lalki już mam, ale chciałam mieć ich więcej! Latami nie mogłam znaleźć żadnej w cenie, która nie przyprawiała mojego węża w kieszeni o palpitacje, aż tu wreszcie, w czasie okołourodzinowym, trafiła się jedna w miarę lokalnie – Azone Lycee Princess Goldfish. Goła i wesoła oczywiście 🙂

O ile się orientuję (znów zapraszam do poprawienia mnie), jest to również Sahra, tylko w trochę innym wydaniu – sądząc po minie, dość nieporadnym. Ciałko odrobinę różni się od moich dwóch poprzednich. To rozmiar M, do tego ręce zostały wyposażone w możliwość odchylania się na boki, co mnie cieszy wielce, bo tego ruchu w pozostałych dwóch azonkach bardzo mi brakuje.

Taaaki wazon z kwiatkami widziałam!
Kolory miały żarówiaste, że strach.
Śliczne były. Do tego słońce trochę mi przygrzało, więc wpadłam na głupi pomysł, żeby ukraść jednego…
…i tak z nim szybko uciekałam, że aż się wywaliłam 😉

Dzisiejsze zdjęcia udało mi się zrobić aparatem. Ewidentnie jednak coś z nim nie tak, bo kolory wyszły dość dziwnie. Włosy azonki powinny być jasnoróżowe, a mi wyszła jakaś… nie wiem… brzoskwinia?

Skończyłam. Kolejne dwie poczekają do następnego wpisu. Trzymajcie się zdrowo! :*

Jesienny spacer

Jesień niby pełną gębą. Coś tam żółknie, coś czerwienieje, coś opada. Zielone ma się całkiem dobrze jeszcze – w zależności od gatunku. Wszystko przypomina, że zatoczyliśmy już prawie kolejne koło. Ledwo dwa miesiące do końca tego przedziwnego roku.

Jesień ma dwa oblicza: złote i słoneczne oraz szare i mokre. Angelinie – w przeciwieństwie do Mei nad oceanem – trafiła się ta pierwsza pogoda 🙂

Zdjęcia robiłam w Headington Hill Park. To mój ulubiony z okolicznych parków.

Lalka ubrana jest w sukienkę szytą przez Ewę, tonnerowe buty (jedne z nielicznych oryginalnych, które jeszcze się nie rozpadły) oraz czapkę z akcji dla bezdomnych z Innocent smoothie – pisałam o niej z rok temu. Do tej pory przez blog przewinęły się chyba dwie takie czapki (tyle sobie przypominam) – jedną pokazywała Stella, a drugą Miu. W trzeciej obnosi się Angelina. Uważam, że bardzo jej ładnie 🙂

Specjalistką od antropologii mody nie jestem, ale chyba można powiedzieć, że nakrycie głowy w czasach obecnych niekoniecznie pojawia się tylko gdy chcemy się chronić przed zimnem czy słońcem. Teraz to element stylówy, „fashion statement”. Nie w każdej temperaturze tak samo dobrze się wychodzi na swojej stylówie, ale przecież nie o to chodzi w modzie, żeby było zdrowo, nie? 😉

Wyrżnęła się panna w liściach i leży. No i co tu z taką zrobić? Przynajmniej nogi nie straciła, jak jej ruda koleżanka. A propos wypadku Stelii, kiedy plecak z nią w środku wyrżnął z mocą o kafelki, w środku znajdował się także mój aparat. Zachowywał się bez zarzutu przez sesję czy dwie. A potem przestał…. Zdjęcia z poprzedniego wpisu to wyskrobki z tego, co nim zdziałałam. Angelina pozowała do komórki. Aparatu nie tykam głównie z obawy o to, że mu nie przeszła niedyspozycja, a bardzo nie w smak mi wydawanie na kolejny. Ten mam 6 lat. Nie umiem powiedzieć, czy to dużo jak na takie urządzenie, bardzo zresztą intensywnie używane przez ten czas w różnych warunkach pogodowych.

pożółkło się mu, temu miłorząbu 😉

Na koniec spaceru Angelina zawędrowała pod jeden z klonów japońskich. A Wy, jeśli też idziecie spacerować, uważajcie na siebie ❤

Turkus

„Już nie śpisz
Przeciągle jęcząc
Spokojna na razie

Stalowe ptaki wytrysły mi z oczu

Dasz mi noc w środku dnia
Zapomnienie
I zmyjesz z mojej twarzy grzech

Myślałam, że córki twoje
Beznamiętnie chwytam we włosy
A ty płaczesz
I boisz się jak ja
Że gdy zaśniesz
Grzech będzie trwał” – Moonlight Cisza przed burzą

Człowiek się starzeje, a niektóre rzeczy podobają mu się tak samo, jak dekady temu: lalki, piosenki, wyjazdy…

Szukając…

Według kalendarza mamy już jesień. Według stanu pogody niekoniecznie. Chociaż kasztany już opadły, sporo roślin wciąż się zieleni i kwitnie. Tylko długość dnia nie pozostawia złudzeń…

Trochę szkoda lata, ale przecież wszyscy musimy kiedyś odpocząć.

Czasem od siebie samych, co jest chyba najtrudniejsze.

Poszwendać się w milczeniu, porozmyślać o wszystkim i o niczym.

Naładować bateryjki, obserwując wiewiórki ganiające się po drzewach, słoneczne refleksy na trawie i liście opadające w ciszy na ziemię.

A na koniec dojść do wniosku, że mimo wszystko fajnie jest być 🙂

Spectrę obszyłam w jakąś godzinę. Można się kłócić, że szyfon pasuje do futerka jak kwiatek do kożucha – ja takie połączenia lubię. Kolorystyka wyszła bardziej zimowa niż jesienna tak naprawdę, bo jesień to raczej ciepłe barwy: żółć, czerwień i brąz. Nie lubię brązu 😛 Co do gaci pod tą przezroczystą kiecką – to jest uwaga do Ewy głównie – to ma wmoldowane, białe, w kolorze swojego widmowego ciała, a więc w sumie cieliste. To się liczy! 😉

Arisu czyli gdzie ten biały królik?

Trochę to trwało, bom zajęta okrutnie i wiecznie zmęczona (wieczność trwa od początku sierpnia w tym wypadku 😉 ), ale wreszcie obszyłam i wypuściłam na słońce moją najnowszą chińską zdobycz z Aliexpressu, która ze względu na image oraz mangowe rysy dostała na imię Arisu. Nazwałam ją z konieczności, chińskie wynalazki lalkowe są zwykle bezimienne. Na karku posiada jakiś tam napis, ale należy uznać go za autograf producenta raczej niż imię.

Laluszka jest urocza, na żywo podoba mi się znacznie bardziej niż na zdjęciach w necie (w tym moich własnych). Mierzy około 40cm tak na oko – nie konfrontowałam rozmiarów z pozostałymi moimi lalkami tego wzrostu. Przybyła do mnie łysa i goła, z parą plastikowych różowych butów, które mimo posiadania obcasa dobrze komponują się z jej płaską stopą.

Kosztowała grosze, przyszła szybko – zwłaszcza w porównaniu do Licci, bo ta nie przyszła wcale, a ja do dziś mam gorzkie żale 😉 Oczy tego modelu występują w trzech wariantach kolorystycznych: fioletowym, różowym i niebieskim. Już nie pamiętam, dlaczego wybrałam fiolet, jakiś powód miałam, ale zapomniałam 😛 W każdym razie nie żałuję. W sprzedaży głowy są osobno, można więc dobrać dowolne ciałko bez rozpoczynania przygody z lalką od psucia innej 😉

No i gdzie ukrył się królik? Przecież nie możemy się spóźnić na herbatkę do Królowej!

Z komentarzy do transakcji na Aliexpressie można się dowiedzieć, że ludzie polecają ten rozmiar głowy do ciałka wielkości Barbie, ale ja wybrałam większe, żeby zlikwidować efekt wielkiej głowy. Moje ciałko jest artykułowane podobnie do MtM i zrobione z lekkiego plastiku, taka trochę wydmuszka. Stawy chodzą ciężko, co nie jest wadą, ale trzeba cierpliwości, żeby nie uszkodzić lalki.

Miłym zaskoczeniem okazało się, że na tę łysą, wielkooką łepetynę pasują dosłownie wszystkie posiadane przeze mnie lalkowe peruki. Te zbyt duże można łatwo dopasować zszywając odrobinę gumkę, by dostosować obwód. Perukę ze zdjęcia nosiła dawno temu Delilah. Obfitość loków pasowała mi do lolitkowego stylu sukienki. Kapelusik zrobiłam w tempie rekordowym, obszywając nakrętkę od małej buteleczki, trzyma się głowy na szpilkach, które jednocześnie zapobiegają przemieszczaniu się peruki.

Większy problem to dopasować buty. Do zdjęć wykorzystałam pantofelki, które przyszły razem z małą siwą, też z Chin. Nawiasem mówiąc, po prezentacji na Mangustowie kupiły ją już dwie osoby 🙂

Zdjęcia robiłam aparatem ( 😀 ) w dwa różne dni, pierwsze późnym popołudniem, drugie przed dwunastą. Przyznaję, że brakuje mi umiejętności, by wydobyć z lalki to, co najlepsze. Na żywo jest naprawdę urocza!

Materiał na sukienkę to koszulka, którą kupiłam lata temu w lumpeksie niedaleko mojego byłego miejsca zamieszkania we Wro. To była jedyna rzecz, jaką kiedykolwiek tam nabyłam. Leżała i leżała, aż w końcu trafił swój na swego 🙂 Metalowe ozdoby to pozostałości po steampunkowej biżuterii robionej przeze mnie na sprzedaż na jakimś konwencie. Je również kupiłam lata temu, choć nie aż tak dawno, jak tę koszulkę. W każdym razie to, że się zeszły, jest dziełem przypadku. Skojarzenie z białym królikiem i zegarkiem stało się zatem dość oczywiste 🙂

Zdjęcia przedpołudniowe robiłam w parku Headington Hill. Mam dużo parków w dzielnicy 🙂 Znajomi z facebooka mogli widzieć bezlalkowe zdjęcia z Headington Hill. Swego czasu, od 1850 roku, był to ogród posiadłości prywatnej. 103 lata później został kupiony przez miasto. Wiele gatunków drzew rośnie tam od początku istnienia parku. Lubię tam chodzić, z lalkami czy bez 🙂

Mam wrażenie, że nie udało mi się w pełni zaprezentować możliwości artykulacyjnych Arisu, ale mam już pomysł, jak to zrobić 🙂 Zdecydowanie jednak teraz powinnam zabrać się za halloweenowe kreacje, bo niektóre z nich w planach pozostają już od dwóch lat…

Mam nadzieję, że podoba się Wam Arisu. Do następnego razu!