Zakupy i prezenty

Nie wiem, kiedy skończył się marzec, a zrobiła połowa kwietnia. Czas pędzi, życie mija… Mam obecnie urlop, a ponieważ mimo wychodzenia z lockdownu i tak się za bardzo ruszyć nigdzie nie można, to chociaż nadrobię lalkowanie 😉 Wpadło mi kilka fajnych lalek w ręce, do tego wciąż mam nieskończone, a nawet nierozpoczęte projekty. Ale po kolei.

Sprawiłam sobie kolejnego chińskiego malucha. Na zdjęciu promo lalka wyglądała lepiej, śmiem twierdzić. Odziałam ją w kolejną gacianą kreację, wciąż z tych samych gaci (których jeszcze dużo zostało – jedna para jest wręcz nietknięta). Została przysłana naga z butami, tak jak pozostałe aliexpresski. Ciekawa jestem, czy pasowałyby na nią buty od Evi Love lub Kelly / Shelly, ale nie mam możliwości sprawdzić, póki co. Zdjęcia robiłam w ogródku przydomowym dziś rano, bardzo szybko, bo towarzyszył mi ciekawski pies mojej współlokatorki. Fajne z niego zwierzę, ale już wiem z doświadczenia, że kradnie skarpetki, bieliznę i inne rzeczy, a potem żąda okupu w postaci żarcia, więc wolałam nie stwarzać mu okazji do kidnappingu 😉

Porwała mnie rzeka niezapominajek…

Wydaje mi się, że brwi lalki mogłyby być trochę niżej oraz dopasowane kolorem do włosów. Nie podoba mi się też ten wianuszek rzęs – zdecydowanie obyłaby się bez dolnych. Zaróżowiona dolna powieka powoduje, że lalka wygląda jakby miała podpuchnięte oczy – od płaczu albo po całonocnej libacji 😛 Nie podoba mi się ten efekt i postaram się go jakoś usunąć.

Odd one out 😉

Dobrze, że akurat teraz wzięłam urlop, bo dzięki temu zastali mnie listonosze 🙂 Jedna paczka przyszła z Polski, a druga miejscowa – zawartość mieszana.

Shibajuku, zwana niekiedy podróbką Pullipa, jeśli nie zaprzyjaźni się z Dal Fiori, pójdzie na części. Spodobało mi się jej ubranko (nie widać tego dobrze na zdjęciu, ale kurtkę ma na suwak). W tej chwili jest już wyjęta z pudełka. Zapewne każdy rozpoznaje, spod którego kamienia wypełzła rudowłosa. To Living Dead Doll Inferno z serii czwartej. Trafiłam przypadkiem lokalnie na eBayu i udało mi się ją wylicytować za tak psie pieniądze, że spodziewałam się odwołania oferty przez sprzedawcę po zakończeniu aukcji. Lalka jest w genialnym stanie i, jak widać, ma skrzydła. To, czego nie widać, to to, że się składają 😀 Prawdopodobnie można je również odczepić od lalki, na razie nie sprawdzałam. Ostatnia lalka to prezent od mojej koleżanki po piórze – motanka jej własnej produkcji ❤

Lalka jest nie tylko prezentem do kolekcji, ale również częścią kampanii promocyjnej powieści pt. Kuklany Las, która ukaże się drukiem na dniach nakładem wydawnictwa Stara Szkoła. Jest to powieść grozy, ale zupełnie innego rodzaju niż to, co ja piszę – można czytać bez obaw o epatowanie makabrą. Ja już czytałam, dlatego mogę szczerze polecić 🙂

3 x debiut

Jakiś czas temu kupiłam na Aliexpressie nowego recasta. Wykazałam się naiwnością tym razem – ponieważ zwykle żywiczaki na Ali zawierają wskazanie, komu został zajumany model, a ten nie miał takiego wskazania, uznałam, że… Chińczyk tym razem sam wymyślił. Zresztą lalka była tania jak barszcz nawet w porównaniu do pozostałych recastów. Przyszła szybko, troskliwie zapakowana, nie obyło się jednak bez pewnych problemów natury językowo-okulistycznej.

Oczywiście zdjęcia promo przedstawiały oryginalną Coco Luts, gdyż to właśnie tejże podróbka. Ujęła mnie jej mangowa twarz oraz, przede wszystkim, mangowe oczy. Sprzedawca nadmienił, że mogą być innego koloru niż na fotce, ale nie przeszkadzało mi to. Niestety lalka została przysłana ze zwykłymi oczami i trzeba przyznać, że mangowa twarz z normalną gałką oczną wygląda po prostu źle. Zaczęłam się więc wykłócać ze sprzedawcą. Koniec końców wyszło na to, że chodziło mu o „random eyes”, a nie „different colour”. Według mnie to dwie różne rzeczy, według niego jedno i to samo.

Brałam pod uwagę kupienie oryginalnych oczu Luts, ale nie mają takich w ofercie. Odpowiadające mi wizualnie gałki zdobyłam w drugiej próbie. Zastanawiam się teraz, czy nie lepiej było wziąć rozmiar większe, żeby w ogóle nie było widać białka. W ten sposób byłoby jeszcze bardziej mangowo 😉

Perukę kupiłam jakiś czas temu na eBayu z myślą o Delilah i Celine, ale jakoś mi podpasowała do tej twarzy. W ten sposób powstał pierwszy wizerunek recasta (bo pewnie będzie nie jeden – zaleta lalek perukowych z wydłubywalnymi oczami), który na pewno nie zostanie imienniczką pierwowzoru. W mojej świadomości został bowiem osadzony dawno temu fakt, że „koko” to jest dźwięk, który wydaje kura, a nie imię 😛

Poza lalką w tym wpisie debiutują także moje uszytki: kimono i balerinki. Zdaję sobie sprawę, że kimono wyszło za krótkie, ale to przede wszystkim miała być próba, czy w ogóle dam radę uszyć coś, co w miarę przypomina tradycyjny ubiór japoński. Wydaje mi się, że idea jest widoczna. Mam piękne tkaniny w orientalne wzorki, niestety kawałki są małe, 20 x 25 cm, więc na nich nie chciałam próbować, bo szkoda psuć.

Chyba najładniejsze zdjęcie 🙂

Buty zrobiłam z tego samego materiału (były zresztą pierwsze i to zanim w ogóle przyszło mi do głowy szycie kimona), ich wewnętrzna warstwa jest satynowa. Wkładki są z tektury od opakowania po Lindorach (zero waste!) oraz podkładki na biurko, która stała się zbędna mojemu znajomemu. Balerinki uszyłam korzystając z tutoriala Beth Alvarez:

Tutorial gorąco polecam, buty robi się naprawdę szybko w ten sposób (nawet szyjąc ręcznie). A do kimono mam ambicję zrobić geta, tylko muszę jakieś cienkie, miękkie drewienko skombinować.

Widać, że kimono?

Zdjęcia robiłam telefonem w ogródku. Kolory wyszły bardzo zimne. Dosyć trudno było też złapać odpowiedni kąt, żeby nie deformować kształtu twarzy lalki. Nie obyło się także bez bólu i rozlewu krwi. Stanęłam na gałązce jakiegoś ciernistego krzaka, która nie wiadomo skąd pojawiła się na ścieżce w naszym ogródku. Kolec przeszedł przez podeszwę kapcia i wlazł mi w stopę. Prawie się wyrżnęłam z lalką i telefonem w objęciach. A miałam jeszcze długi spacer w planach na dziś…

Mimo że kolory nie do końca się zgadzają, lalka kojarzy mi się z Kaoru Kamiyą z mangi Rurouni Kenshin. Pewnie dlatego ta hakama mi się kołacze po głowie.

W sumie można by ją wołać Kaoru…

Pamelka to lalka niewielka…

…dlatego wpis na temat Pamelki też będzie niewielki 🙂 Laleczka pokazała się w lutym na eBayu w kompletnym stroju, z butami, książeczką oraz… drugim strojem z butami 😀 Kwota za tyle dóbr również była niewielka 🙂

I tyle 🙂 Zarówno stroje, jak i facepaint, naruszył ząb czasu, ale i tak się cieszę, bo laleczka jest w świetnym stanie jak na swój wiek 🙂 A trzeba przyznać, że rzeczywistość wciąż nam batów nie szczędzi, więc takie drobne radości tym bardziej są na wagę złota. A tak w ogóle, to WordPress donosi, że to jest post nr 600 🙂

Ćwiczyć miałam…

…ale kwiatki zobaczyłam i zapomniałam. A poza tym ciałko z Aliexpressu rozczarowuje.

Buźka za to wynagradza wszystko 🙂

Pomysł na sesję był fitnessowo-parkowy. Jak widać, zestroiłam lalę w strój gimnastyczny. Pogoda dopisała. To, co zawiodło, to możliwości ciałka. Widzieliście je już – to to chude z wielkimi cyckami. Kolor pasuje do głowy, a i owszem. Dłonie są ładnie wyprofilowane i nie posiadają żadnych nadprogramowych śladów po odlewie. Łokcie i kolana zginają się tak, że w zasadzie można by to nazwać składaniem się, dając efekt dość naturalny. Niestety na tym koniec 😦

Największym rozczarowaniem jest talia, która się nie obraca. Nie ma też za bardzo sposobu, by lalka mogła przechylić na bok tułów w pozycji stojącej, ponieważ nie ma artykulacji pod biustem. Ani ręce, ani nogi nie mają możliwości obracania się. Jogi to panna nie poćwiczy 😛 Denerwują mnie także stopy – ale to tak ogółem, nie tylko w tym ciałku – które nie wiadomo po co są ruchome i kręcą się wokół własnej osi. Tego kręcenia nie powstrzymuje nawet tęgi but (i nie mam tu na myśli kopa w zadek tym razem).

Mimo tego zdjęcia wyszły, jak sądzę, dość strawne 🙂 Buzia mamy Licci podoba mi się chyba nawet bardziej niż rzeczona córka… Ktoś się orientuje, czy ona ma jakieś imię? EDYCJA: Już wiem, Orie Kayama. Zastęp bezimiennych lalek mi tu rośnie, a póki co nazwałam tylko Arisu…

Ewa – to dla Ciebie! 😀

Jak widać, na drzewie lalka wisi jak ta lala 😛

Nie liczyłam, ile zdjęć lalek w towarzystwie roślin zrobiłam przez (już wkrótce) 9 lat lalkowania, ale chyba nigdy mi się nie znudzą. Jedno i drugie to sam wdzięk ❤

Z aparatem trzeba było trochę powalczyć. Znowu… Niestety obawiam się, że nie idzie to wszystko w dobrą stronę :/ Czy ktoś z Was oddał kiedykolwiek aparat do serwisu? Ma to sens? Opłaca się?

Tak sobie siadłyśmy na przeciwko siebie okrakiem na pniu. Mój okrak pewnie nie wyglądał tak spektakularnie szpagatowato 😉

Chyba zapomniałam pomarudzić na stawy rozluźniające się w tempie światła… 😛

W każdym razie byle do wiosny, proszę państwa 🙂

Między przebiśniegiem a krokusem

Kilka nowych nabytków ostatnio do mnie zjechało. Dwie trzecie z nich z Aliexpressu. Jednego z tychże już nie mogę pokazać w wersji oryginalnej, bo tak mi się nie podobał na żywo (na zdjęciu co innego, aż dziw, że to ta sama lalka), że obmyśliłam i zainicjowałam zmianę tożsamości. Nie jestem jakoś szczególnie zła czy rozczarowana, ponieważ lale z Ali kosztują grosze, a zalety zawsze jakieś mają – choćby artykułowane ciałka. Drugim nabytkiem jestem za to zachwycona, chociaż laleczka nie jest kanoniczną pięknością. Wręcz przeciwnie…

Co więcej, jak widać, lalka nie jest nawet dorosła, co u mnie bardzo rzadkie. Ujęła mnie jej zdziwiona minka i te wystające z dołu ząbki. Przypomina mi dzieci z anime, np. bohaterki Mojego sąsiada Totoro.

Laleczka ma artykułowane ciałko podobne do małego obitsu, ale w przeciwieństwie do tych, z którymi miałam do czynienia do tej pory, nic nie skrzypi ani nie odpada. Tak jak wiele lalek z Ali została wysłana naga, ale za to z bucikami. Mierzy około 16cm wysokości. Nie lubię szyć takich małych ciuszków, ale trzeba przyznać, że powstają bardzo szybko 🙂

Zabrałam ją ze sobą na pobliski cmentarz (ten sam, gdzie pochowano autora Narnii). Rok temu o tej porze jeszcze nie mieszkałam po tej stronie Headington i nie wiedziałam, że ten cmentarz tam w ogóle jest, a co dopiero że o tej porze – bo mamy typowy luty w UK – zamienia się on w pole krokusów, gdzieniegdzie przetykane przebiśniegami. Kilka zdjęć kwitnącego cmentarza można zobaczyć również u mnie na fb.

Szycie wyszło mi tako se, ale na zdjęciach niekoniecznie to widać 🙂

Wszędzie to małe wlezie, no 😉 Widoczne uszytki są z filcu, a materiału na rajtki dostarczyła jedna z moich stopek. Tak rzadko ich używam, że na pewno nie będzie mi jej brakowało. Uszyłam też sukienkę z gaci, ale pokażę innym razem 🙂

Trzeba przyznać, że tę fryzurę to jej ktoś dziwnie wymyślił, ale mimo tego jest twarzowa. Trochę podstrzygłam tu i ówdzie, żeby bardziej wyeksponować buzię i trochę odsłonić uszy.

Ciałko artykułuje bardzo sprawnie, ale sztywny filc nie współgra z możliwościami lalki.

W zalewie fioletu udało się wyłowić kilka krokusów żółtych i jednego białego. Kwitną już także pojedyncze żonkile, choć większość dopiero się za to zabiera…

…jak widać na załączonym obrazku 🙂

Laleczka nie ma imienia, ale może coś mi przyjdzie do głowy.
Miłego nowego tygodnia wszystkim!

Mackie i reroot zły

Easter Surprise Barbie 1998, kupiona w zeszłym roku na fali tęsknoty za moimi rzeczami, z którymi rozdzielił mnie lockdown (i których do tej pory nie mam wszystkich przy sobie!!!) rozstała się z włosami darowanymi jej przez producenta i padła ofiarą średnio udanego eksperymentu.

Na próbę kupiłam na eBayu włosy do plecenia warkoczyków – tu macie przykładową aukcję:

https://www.ebay.co.uk/itm/24-Braiding-Synthetic-Hair-Fashion-African-Twist-Braid-Hair-Hairstyles-Wig-Lots/193848049692?hash=item2d223e801c:g:yW8AAOSwjjdf~rq3

Ich plusem jest duża, naprawdę DUŻA ilość włosów, wiecheć jest rozmiaru końskiego ogona. Drugi plus to rozległe możliwości kolorystyczne – wybrałam zestaw cieniowany od pomarańczu przez żółć, zielonkawo-niebieski aż do amarantowego.

Na tym jednak plusy tegoż włosia się kończą. Snuje się niemiłosiernie, gniecie i mechaci, pasma oddziela się trudno. Do tego same w sobie włosy są trochę za grube dla lalki i po wszystkim sterczą (choć w sumie miewałam gorsze pod tym względem). Trzeba jednak wziąć poprawkę na to, co piszę, ponieważ nie jestem specjalistką w zakresie rerootów. Może bym tu napisała coś innego, gdybym miała większe umiejętności. Ogólnie największy błąd, jaki popełniłam, bo utrudnił mi później pracę – dlatego ją zresztą porzuciłam 😛 – to wszycie włosów naokoło głowy w najbardziej zewnętrznie położony rządek dziurek. Najprawdopodobniej powinnam lecieć od dołu do góry w poziomych rzędach i zakończyć na górze. Cóż, może kiedy indziej, bo tym razem zatrzymałam się po prostu na obszyciu łebka naokoło. Efekt końcowy wygląda tak (lepiej tych włosów jej nie rozpuszczać 😛 ):

Przy okazji widać, jak mój aparat słabuje z ostrością 😦
Kolorystyka wyszła taka trochę w stylu Barbie Hula Hair, tak mi się kojarzy ten amarant z pomarańczowym.

Miałam początkowo wsadzić ten łebek na ciałko MTM, ale jednak głowa wróciła ostatecznie na swoje własne TNT.

A tak prezentuje się Mackie w pozostałymi kolorowowłosymi koleżankami 🙂

Przypomnę, że Superstar to Totally Hair Barbie, kupiona w stanie obszarpanym i obdarzona przeze mnie włosami wydłubanymi z peruki od Bratzillaz Switch a Witch. Druga Mackie to Barbie Tokyo Pop z serii Fashion Fever. Malunek oka jest już zupełnie inny niż u Easter Surprise, a włosy ma takie, jakie Mattel dał. Myślę, że wszystkie trzy fajnie do siebie pasują i gryzą w oczy 😉

Włosia zostało mi wciąż bardzo dużo. Co by tu jeszcze popsuć…? 😉

Tłusty Czwartek

To mój trzeci Tłusty Czwartek w UK, ale pierwszy, w który dorwałam pączki. W pozostałe się nie złożyło z różnych powodów. Oczywiście nie oznacza to, że nie jadłam trzy lata pączków 🙂 Ostatnio warunki nie napawają radością i optymizmem, tym ważniejsze staje się robienie sobie małych przyjemności. Po pracy zajrzałam więc do Tesco i do polskiego sklepiku. Ż żadnego nie wyszłam z pustymi rękami 😀

Poza kotami znalazło się kilkoro plastikowych amatorów na moje słodkości! Nic w tym domu się nie da zrobić, przy okazji nie ściągając na siebie uwagi 😉

RM zainteresował się pączkiem z polskiego sklepiku (nawiasem mówiąc dziwnie suchym. Może leżał tam od wczoraj 😛 ) i postanowił dyskretnie ściągnąć go z talerza.

Dal Fiori w zamyśleniu analizowała pokrętne kształty faworków, bardzo zresztą smacznych, jak na kupne.

Analizom nie było końca. Jeden woli pączki z budyniem, dla drugiej to świętokradztwo, bluźnierstwo i zamach na tradycję 😛 Trzecia najpierw musi dokładnie przeliczyć kalorie korzystając z pięciu pierwszych kalkulatorów kalorii, które wyświetlą się w przeglądarce. A czwarta tak naprawdę wolałaby schabowego, ale głupio się przyznać 😉

A tam kalorie, na trening przecież idę… tego dużego sobie sięgnę…
OMNOMNOM!!! Oj, dobry był…
Nieee, raczej nie zjem tego (skrycie kocham schabowego)!

Pączkujcie tam sobie spokojnie i do następnego wpisu 🙂

Przegląd okresowy

Korzystając z urlopu, zrobiłam porządki w szafie i przewietrzyłam trochę moje stare Mattelki. Przebrałam wszystkie (z wyjątkiem tych, których nigdy nie przebieram), a kilka nawet załapało się na zdjęcia moim schorowanym aparatem.

Na początek chyba najfajniejsza kreacja stworzona z ciuszków, co do których nawet nie pamiętam dokładnie, skąd je mam. Nie ukradłam ich – tyle wiem 😉

Ze squaw zrobiła się panna z plantacji Południa.

Kolejna lalka to Barbie Glitter Hair – a właściwie hybryda tejże, bo ciałko nie jest jej. Jedna z najpiękniejszych Superstarów, jakie miałam w ręku. Mattel świetnie skomponował kolor oczu i włosów tej lalki.

Kolejne dwa zdjęcia są z dedykacją dla Nany Arimy, dzięki pewnemu jej komentarzowi zorientowałam się, że nie pokazywałam swoich starych Mattelek przez rok… Przed Wami dwie Christie 🙂

Nieodmiennie fascynuje mnie to, jak malunek twarzy i kolory potrafią zmodyfikować ten sam mold.

A teraz przerwa od Mattela, zestrojona na różowo przedstawicielka konkurencji – Imani od Hasbro.

Na koniec dzisiejszego przeglądu moje opus magnum w dziedzinie rerootów – Barbie Totally Hair 🙂

Szykuję jej koleżankę o podobnie szalonej fryzurze, ale nie wiem, ile stuleci mi to zajmie, bo nie znoszę robić rerootów. Głównie tej części z rozdzielaniem włosów na pasma, bo to najbardziej mozolna robota.

Martwi mnie stan mojego aparatu. Ewidentnie szwankuje ekspozycja, ostrość i nasycenie barw. Może wizyta w serwisie by mu pomogła?

Zima odnaleziona :)

Nie wierzyłam, bo to już nie pierwszy raz w prognozie pogody zapowiadano śnieg. Kiedy odsłoniłam okno dzisiaj rano, czekała mnie niespodzianka 🙂 Wszędzie już zalegała biel, a do tego wciąż padało. Na dworze znalazłam się bardzo szybko 😀

Biało wszędzie, można się zapaść po pas!
Ciekawe czy to białe można zjeść? (na upartego można, ale należy się powstrzymać od jedzenia żółtego śniegu 😉 )
Tak to powinno wyglądać miesiąc temu – śnieg i owocujący ostrokrzew
Chodzi się po tym ciężko, nawet nawet w dobrych butach 😉
Jak już upadłam i leżę, to zrobię aniołka 😉 (don’t blink!)
Ciekawe, czy długo tak będzie?
Na śliskim równowaga to podstawa 😉

Zanim wróciłam do domu, spora część śniegu zdążyła już się roztopić. Chmury wciąż wiszą nad Oxfordem, może jeszcze popada 🙂 A na koniec popatrzcie, jak po śniegu – jak ta lala – zapindala szkielet Dala 😉 Kakao z piankami niesie, widzi mi się 🙂

źródło pobrania obrazka: Facebook

Miłego nowego tygodnia! Ja mam wreszcie urlop 😀

Gdzie ta zima?

Ano ni ma… Właśnie słucham, chcąc nie chcąc, jak za oknem wieje i leje. Temperatura dodatnia. Całe tygodnie temu przygotowałam lalkę na przechadzkę po śniegu i nic z tego nie wyszło. I raczej nie wyjdzie, bo przez ostatnie lata śnieg w Anglii widziałam raz przez jeden dzień.

Lalkę już widzieliście, to ta, co roznosi po blogach Aliexpressową zarazę 😉 Jej „siostry” mieszkają u Ewy i Szarej Sowy. Sweter jest zresztą ręczną robótką Ewy 🙂 Dzień był, jak widać, dość ciepły i mało pochmurny. W tle widać pub, który z oczywistych przyczyn stoi zamknięty. Czasem łapię pod nim Pokemony 🙂

Czapka do niedawna była moją skarpetką, ale każda skarpetka kiedyś się kończy… Ta skończyła na przeciwnej stronie ciała niż stopy 😉 Spódnicę uszyłam z dziecinnej spódniczki kupionej dawno temu w charity shopie. Szalik i buty, z założenia w stylu mukluków, są z filcu. Tak, buty produkcji własnej, pierwsze z jakich finalnie byłam umiarkowanie zadowolona. Nie mam Ewy pod ręką i muszę sobie jakoś radzić. Jestem świadoma niedociągnięć. Jeszcze 300 par i będzie git 😉

Zawsze twierdziłam, że zrobienie butów to trud nieziemski. Samo wykrojenie podeszwy na „Chinkę” nie było zadaniem szczególnie łatwym. Stopy ma szerokie w palcach, znacznie węższe w pięcie, do tego podeszwę komuś chciało się zrobić w dość poprawnie anatomicznym kształcie, zamiast po prostu płaską jak Ziemia w oczach wyznawców teorii spiskowych. Do tego okazało się, że filc siorbie klej niczym spragniony Smok Wawelski po poczęstunku od szewca Dratewki. Kurczę, całe życie się człowiek uczy, nie? I dobrze. Przynajmniej jest po co żyć. W każdym razie, jak widać na załączonym obrazku, lalka stoi w tych butkach sama, mimo ich niedoskonałości.

Chciałam jeszcze jakoś ozdobić te buty, ale nic nie przyszło mi do głowy. Zdjęcia robiłam telefonem, dlatego kolorom brakuje właściwej głębi. Może na kolejny spacer wezmę aparat, chociaż pogoda nie sprzyja ostatnio łażeniu po dworze.

Kwiatki też uznały, że już czas na nie. Śniegu nie znaleziono.

Smuteczek trochę…