Powrót Sindy

Sindy Pedigree żadnemu kolekcjonerowi lalek przedstawiać nie trzeba. Była nowością w latach 60. XX wieku, a dziś jest jedną z popularniejszych lalek vintage, przez co potrafi osiągać zawrotne ceny. Kilka lat temu doczekała się nawet wskrzeszenia przez samego Roberta Tonnera. Jakiś czas temu przeszła także drastyczną zmianę wizerunkową, po której z dawnej świetności pozostała tylko nazwa. W tym roku jednak firma zdecydowała oddać do rąk dzieci (i kolekcjonerów) odświeżoną Sindy ponownie w wersji fashion doll. Wszystkie dostępne obecnie lalki można obejrzeć tutaj: https://www.sindyplay.co.uk/

Jak widać, lalki sprzedawane są w zestawach tematycznych. Pudełko jest częścią zestawu, a dodatki nie tylko plastikowe, ale także – ekologicznie – z papieru. Całość odpakowuje się dość łatwo: po odklejeniu lub przecięciu naklejek zabezpieczających otwiera się je jak książkę. W środku lalkę trzymają tylko dwie plastikowe wytłoczki. I na tym etapie objawił się pierwszy problem…

Nawet nie zdążyłam jeszcze wyjąć lalki z wytłoczki, kiedy ze środka wypadła ułamana stopa w bucie. Najnowsza wersja Sindy ma stopy artykułowane w kostkach. Przeszło mi przez myśl, zanim ją kupiłam, że w ten sposób może podzielić los Momoko, która słynie m.in. z łatwo odpadających stóp. Sindy kosztuje znacznie mniej niż lalka Sekiguchi, jednak rozczarowanie uszkodzonym, nowym produktem to nie jest to, na co się czeka. Wściekłam się strasznie, częściowo dlatego, że to nie była pierwsza rzecz, jaka mi się nie powiodła w minionym tygodniu. Napisałam zarówno do firmy Pedigree, jak i do przewoźnika. Następnego dnia wymieniono mi lalkę.

Nowa lalka ma obie stópki przymocowane do ciałka (w każdym razie jeszcze ma…), natomiast kiedy wyciągałam ją z wytłoczki, wypadła mi, bo nie jest w żaden sposób przymocowana do plastiku. Spociłam się zgrozy na ten widok, ale na szczęście przeżyła upadek. Włosy są gęste, a fryzura trąca latami 60. mimo współczesnej kolorystyki. Czy Sindy ma w środku klejoglut, nie udało mi się stwierdzić – głowę wykonano z twardego winylu. Ubranko jest przeciętnej jakości, ale ładnie uszyte.

Tu wspomniane wyżej kartonowe dodatki i wykorzystanie pudełka jako części zestawu. Muszę przyznać, że widzę w tym sens i spójność z promowaną w UK ideą 3R dla śmieci: reduce, reuse, recycle. Chodzi o to, by daną rzecz wykorzystać do maksa, a potem przerobić. Nie będę się tu rozwodzić nad tym, czy to wychodzi i jak, bo to w końcu blog lalkowy, w każdym razie Sindy została zaprzęgnięta do pracy u podstaw. Zakładam, że firma zrobiła jakieś badania marketingowe, zanim zdecydowała, jakie zestawy tematyczne wypuści. Wszystkie lalki zajmują się albo modą i urodą, albo zwierzętami, tylko fioletowa prowadzi piekarnię, a szatynka tańczy. Tradycyjnie, powiedziałabym.

Dodatki do zestawu to plastikowe ciastka i napoje, gazetka i fartuszek. Kolorystyka raczej typowo dziewczynkowa: róże i fiolety. Trochę mi to przypomina zestawy Licci pokazywane na blogu coffeanddolls. Całkiem podobają mi się te ciastka. Buty mają ładnie wytłoczoną podeszwę i tym dobrze imitują prawdziwe. Gazetka się rozpada, kiedy za mocno ją rozciągnąć… niedelikatna byłam, no 😛 W środku jest ciacho do pokolorowania, wykreślanka, instrukcja mycia włosów lalki i oczywiście zajawka pozostałych modeli. W latach 80. człowiek dałby się kroić za samą taką gazetkę i możliwość pogapienia się na niedostępne wtedy cuda 😉 Są także przedstawione dodatkowe stroje, skąd płynie łatwy wniosek, że Pedigree planuje wypuścić również fashion packi.

Podoba mi się to kigurumi 🙂

Pewnie zauważyliście, że mimo płaskiej stopy i artykulacji, lalka nie stoi sama :/ To chyba jej największa wada, obok łamliwych kończyn. Sama spotkałam się tylko z ułamaną stopą, ale słyszałam, że w kolanie też potrafi… Kiedy próbowałam postawić lalkę, działo się to:

Sindy ma dużą ruchomość w stawach biodrowych, które chodzą bez najmniejszego oporu. Lalka może wykonywać fantazyjne, zaprzeczające ludzkiej anatomii szpagaty, ale ustać nie ustoi. Do tego staw w kostce z kolei jest ciasny, więc stopy muszą pozostać pod losowych kątem, jeśli nie chce się ryzykować ich złamania. Sindy ma także ponad miarę skrętną talię – 360 stopni. Ciężka głowa i ogromna ilość włosów również nie ułatwiają jej ustawienia.

Twarz brzydka nie jest, wręcz przeciwnie – urocza z tym odrobinę gamoniowatym wyrazem – a detale namalowane są z dbałością o szczegóły. Całość na pierwszy rzut oka zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie, ale po rozpakowaniu i obmacaniu dałabym najwyżej 3/5. Spodziewam się, że całkiem niedługo rzesza Sindy bez stóp zasili charity shopy. Na chwilę obecną nie jestem przekonana, czy fioletowa zagości ponownie na tym blogu, ani czy w ogóle ją sobie zostawię. Z drugiej strony może powinna dostać szansę na jakąś stylizację retro?

wspólna fota na pamiątkę

Zdjęć dosłownie pięć

Zarobiona jestem ostatnio. To jest mój pierwszy niepracujący weekend po trzech poprzednich. Popołudniami staram się pchać do przodu zaliczenia i inne zobowiązania, a wieczorem padam na pysk przed 22. Liczę, że to się wkrótce zmieni, bo zatrudniono nowych pracowników, którzy przejmą część obowiązków. Z tego powodu dziś na (bardzo) szybko dwie nowości: Petra i Christie.

cyklameny posadziłam 🙂

Graduation Barbie Christie Special Edition 1997 kupiłam na eBayu za jakieś 5 funtów. Z jej oryginalnego stroju pozostało tylko nakrycie głowy, wciąż oryginalnie zamocowane. Poza tym miała na sobie ubranko Barbie Businesswoman (wg opisu sprzedawcy) częściowo widoczne na zdjęciu. Spódnica to ciekawy wynalazek – jest dwustronna. Tu na stronie mniej biznesowej. Na strój składają się jeszcze czerwone body z udawanym naszyjnikiem z perełek i marynarka oraz akcesoria: czarna torebka, kubek, komórka, laptop i folder z dokumentami. Nie mam bladego pojęcia, od której dokładnie Barbie pochodzi ten strój, googlanie nie przyniosło efektów. W każdym razie na ciałko TNT pasuje jak ulał.

Petrę Lundby kupiłam od koleżanki z Facebooka. To moja pierwsza i jedyna Petra – póki co. Ma bardzo miły pyszczek, a włosy są świetnej jakości. Przypomina mi trochę Sindy Hasbro z twarzy. Przyleciała z PL w ubranku widocznym na zdjęciu, sprawiając mi niespodziankę, bo spodziewałam się golasa 🙂

A to spódnica w wersji biznesowej. Całkiem podoba mi się ten pomysł, muszę kiedyś spróbować uszyć coś podobnego. Warstwa czerwona jest zrobiona z tiulu, do tego krótsza, dlatego dobrze się chowa pod grubszym materiałem i nie deformuje kształtu spódnicy.

Z marynarką pod pachą 🙂 Dopiero robiąc to zdjęcie zauważyłam, że jej ręce mają różne pozycje. Percepcja mi słabuje ze zmęczenia…

Wszystkie moje Christie razem. Każda inna 🙂

Pennyłajza

TRIGGER WARNINIG: klauny

Dawno mnie tu nie było – niezamierzenie. Ale przynajmniej wracam z ukończonym projektem 🙂 Wszystko zaczęło się od kupienia lalki na Aliexpressie. Chociaż nie. Wszystko zaczęło się od ekranizacji powieści Stephena Kinga pt. To z 1990 roku. Miałam z piętnaście lat, kiedy obejrzałam obie części filmu i mimo że pierwszą widziałam już jakiś czas wcześniej, za drugim podejściem wszystko wywarło na mnie dużo większe wrażenie. Po seansie nawet śniło mi się, że do klamki u drzwi mojego pokoju przywiązany jest balonik, czerwony, który pękł na granicy jawy i snu…

Lalkę na Aliexpressie kupiłam jakoś w zeszłym roku. Na zdjęciu wyglądała słodko i uroczo. Po rozpakowaniu mina mi zrzedła straszliwie. Sukienka, zamiast niebieska, okazała się szarawa, do tego uszyto ją z niezwykle marnej, sztucznej tkaniny. Sama lalka wyglądała trochę jak zleżała topielica: sinoblada, z rzadkimi włosami, przez które prześwitywał plastik czaszki, i płaską facjatą. Masakra. Całe szczęście nie są to drogie rzeczy, nie dostałam zatem wścieku, a lalka wylądowała w szafie do czasu aż wymyślę, czy na coś mi się przyda. Zdjęcie promo na Aliexpressie przedstawia się tak:

źródło: aliexpress

Jakiś czas później, podczas gdy chińska niepiękność leżakowała w szafie, obejrzałam nową ekranizację To. Podobnie jak poprzednia i ta została została pocięta na dwie części. Obejrzałam ją w czterech, bo tak potwornie się nudziłam, że zasnęłam w środku najpierw pierwszej, potem drugiej. Oczywiście to nie musi źle świadczyć o filmie. Natomiast na pewno świadczy o tym, jak ogromny mam sentyment do ekranizacji z lat 90. i do ówczesnego wizerunku złego klauna Pennywise’a.

mój ci on! – zdjęcie z internetu (kadr z filmu)
zdjęcie z internetu (kadr z filmu)

Taki był w latach 90. Kolorowy jak sama tęcza, a jednocześnie mroczny niczym odbyt samego Szatana 😛 I chyba to mnie najbardziej ujęło w nim – że zło nie musi być ewidentne, żeby być przerażające i zabójcze. I z tego sentymentu oraz focha na nową ekranizację i Aliexpress powstała Pennyłajza.

Skończyłam szyć jej strój dosłownie z godzinę temu. Powstawał na raty. Najpierw urwałam łeb i zrerootowałam akrylową włóczką w dwóch odcieniach czerwieni. Na rajty poświęciłam podkolanówki własne, nówki nieśmigane. Dalej powstały bluzka i spódnica z żółtej lycry. Dziś dodałam pompony i zszyłam je w jedno. Także dziś powstały kamizelka z filcu i lakieru do paznokci oraz kołnierz z tiulu od oryginalnej sukienki lalki. Wiem, że kolory trochę nie te – brakuje zieleni i fioletu – ale strój (sukienka przecież) z założenia jest jedynie inspirowany wdziankiem Pennywise’a. I muszę sobie przyznać, że całkiem mi się ona podoba w tej stylizacji.

Ciałko to wydmuszka, ale całkiem fajnie artykułowana, podobnie jak u mojego pierwszego nabytku z Ali, siwowłosej. Ma co prawda bardzo dziwnie zaznaczone obojczyki, ale ten strój dobrze je ukrywa. Mogłam jej zrobić makijaż dla pełniejszego efektu, ale… wszyscy wiemy, jak robię lalkowe makijaże… Poza tym bez niego lalka może mieć bardziej uniwersalne zastosowanie.

A to mój nieodłączny towarzysz Schizo (mini Pennywise). Na chwilę wyskoczył dziś z mojego plecaka trochę się poprzytulać 😉 Pennywise’a 1990 można także kupić w postaci figurek czy Living Dead Doll. Mam na niego oko, jak słusznie przypuszczacie 🙂

taka jestem słodka dziewuszka 😉

Sentyment pozostał, mimo że jakieś sześć lat temu Pennywise’a zdetronizował w moim osobistym rankingu strasznych klaunów Art the Clown. Ten to jest dopiero czubek… Oszczędzę Wam tutaj oglądania jego twarzy urokliwej inaczej. Kto ciekaw, sam sobie znajdzie, a co złego, to nie ja 😉 🙂

„Atmosphere”

„Walk in silence
Don’t walk away, in silence
See the danger
Always danger

Endless talking
Life rebuilding
Don’t walk away”

„Walk in silence
Don’t turn away, in silence
Your confusion
My illusion

Worn like a mask of self-hate
Confronts and then dies
Don’t walk away”

„People like you find it easy
Naked to see
Walking on air
Hunting by the rivers, through the streets, every corner”

„Abandoned too soon
Set down with due care
Don’t walk away in silence
Don’t walk away” – Joy Division „Atmosphere”

Wspięłam się wczoraj na Shotover – pobliskie wzgórze porośnięte lasem. Żywego ducha wokół, nie licząc ptaków i królików. Było magicznie. Zwykle nie wstawiam na blog innych zdjęć niż związane bezpośrednio z tematem, ale tym razem zrobię wyjątek. Oto bonus:

Miłego tygodnia!

Delilah bez rzęs

Dawno jej tu nie było. Do tego nie przebrała się od prawie dwóch lat… Za to zgubiła rzęsy (znowu) i testuje nowe oczy – ładne się mienią, ale tak poza tym są dla niej trochę za duże, a w źrenicy jednego z nich utkwił bąbelek powietrza. Oczy pochodzą z Aliexpressu, więc niska cena jest – w wielu przypadkach – adekwatna do jakości. W miniony czwartek wzięłam wolne i razem z Delilah poszłyśmy się wietrzyć nad Tamizą.

Ruch na rzece był dość spory, powiedziałabym, ale w końcu mamy wakacje. Pogoda odpowiednia na wędrówkę, nie za zimno i nie za gorąco.

Niestety na samym początku wycieczki mój aparat całkowicie odmówił współpracy, zdjęcia robiłam zatem telefonem, za czym nie przepadam. Po lewej stronie miałam rzekę, po prawej pola. Na zdjęciu powyżej, w tle po prawej stronie widać jedno z bliźniaczych wzgórz zwanych Clumps.

Obawiałam się, że zgubię perukę, ponieważ leży luźno, a wiało dość mocno. Kilka razy spadła, ale szczęśliwie udało się z nią wrócić do domu 🙂

Domy przy rzece nie należą do tanich. Mimo że to prawdziwe rezydencje i w zasadzie bardziej pasuje do nich słowo „posiadłość” niż „dom”, niektóre z nich nawet nie są całoroczne…

Na tym zdjęciu chyba najlepiej widać brak rzęs oraz jak prezentują się oczy. Nie jestem przekonana, czy Del w ogóle potrzebuje nowych rzęs, a jeśli już, to raczej jakieś bardzo drobne. Jak sądzicie?

Na koniec przypomnę, że Del ma na sobie swoje własne spodnie i bluzkę, chińskie trampki oraz kurtkę szytą przez Ewę. Kurtka jest na podszewce i w ogóle to jeden z moich ukochanych lalkowych ciuchów ❤

A tak poza tym po powrocie do domu aparat zaczął działać…

Stworzeni dla siebie

Kupiłam Barbie Extra – od początku podobało mi się jej ubranko (moja Diana miała sukienkę z takiego różowego plastiku ❤ , a chmurki są takie kawaii ^^, no i te rajty to strzał w dziesiątkę!), kolor ciałka wydawał się jaśniejszy niż u standardowej Baśki, a do tego została przeceniona o połowę. W pierwotnym zamyśle ciałko miało posłużyć głowie Licci, która lico ma dość okrągłe i mogłaby dobrze pasować do tych gabarytów. Z całego zestawu tylko ten biały pies z za długą grzywką mi się nie podoba, taki klunkier z plastiku. Mam nadzieję, że jest chociaż recyklingowalny. Razem z lalką zamówiłam V z prestiżowej edycji BTS, bo również objawił się za niewielkie pieniądze na lokalnym Amazonie. Ponieważ obie lalki prezentują podobną obfitość i przesadę stylu, postanowiłam zrobić im wspólną sesję przed dekapitacją panny. Szykujcie się zatem na spam zdjęciowy 🙂

Chodź, założę Ci czapeczkę
TADAM!
Farbowana Roszpunka usidliła mnieee, pośpiewam o tym seee…
Kto widzi, co zrobił? 😉
Dobra, koniec tego lansu w czapce, oddawaj.

Trzeba przyznać, że chudzinka z niego (głowa wydaje się nieproporcjonalnie duża), zwłaszcza przy niej – nie ujmując nikomu, bo ciałko curvy bardzo mi się podoba. Lalka sama w sobie, o dziwo, też… i teraz nie wiem, co będzie z głową Licci… Jak ja mam ich rozdzielić, kiedy tak bardzo się kochają???

Portret lalki nieumarłej

Nie tak dawno temu, kiedy fotografia była w miarę świeżym wynalazkiem, robienie zdjęć było bardzo drogie. Przeciętny człowiek mógł pozwolić sobie na to od wielkiego dzwonu. Z tego powodu, kiedy ktoś umarł, dopiero decydowano się na zdjęcie. Fotografowano świeżo umarłe osoby, by pozostała po nich jakaś pamiątka. Być może zwyczaj fotografowania się ze zmarłymi (mimo posiadania zdjęć tych osób, gdy żyły), który miała moja babka pochodząca z Białorusi, również wywodził się z tamtych czasów. Od małego mnie to dziwiło i do dziś te zdjęcia stoją mi przed oczami w całej swej czarno-białej krasie. Kobieta patrząca na zwłoki leżące w łóżku. Kobieta siedząca obok zwłok, patrząca w obiektyw… Dalej mnie to dziwi. Niewykluczone, że neurony tak mi pogięło m.in. od oglądania tych fot i dlatego teraz (man)gustuję w makabrze 😉 Dziś przed Wami część mojej kolekcji Living Dead Dolls produkcji Mezco Toys – wszystkie, które mam przy sobie.

Lizzie Borden, seria 2.

Agrat Bat Mahlat, seria 24.

The Dark, seria 31.

Lamenta, seria 26.

Posey, seria 13th Anniversary.

Sospirare, seria 25.

Inferno, seria 4.

Zrobiłam także focię grupową…

…po czym przypomniało mi się, że w innym pudle jest jeszcze…

Sadie, seria 13th Anniversary 🙂

Która najładniejsza? 😛

Za tło robił mój kocyk w horrory – taki specjalny do przykrywania się podczas oglądania horrorów. Bez kocyka horror się nie liczy za obejrzany 😉

Produkcja Living Dead Dolls ma się dobrze i sporo z nich chętnie bym przygarnęła, ale bardzo niekoniecznie za bajońskie sumy, jakie czasem za nie wołają. Czasem udaje się upolować okazję (jak np. Lizzie i Inferno). Właściwie to już dawno nie zaglądałam na eBay…

Becky Fashionistka

Bardzo dziękuję za wszystkie miłe słowa i życzenia, jakie do mnie spłynęły z okazji 9-lecia Mangustowa ❤ ❤ ❤ Zapraszam do lektury pierwszego wpisu na drodze do dekady blogowania! 😀

Wrestlerka, jaka jest, każdy widzi. Nie każdy jednak dopuszcza do głowy, że może sobie również być kim chce i jaka chce 🙂

Becky Lynch z mattelowskiej serii WWE została Fashionistką niejako z konieczności – ciuchy Superstarek po prostu na niej nie leżały. Nie ta figura, nie te kształty, nie te wymiary. Już prawie zrezygnowałam z wyciągania jej z szafy, kiedy przypomniałam sobie, że podczas ostatniej wizyty w PL wzięłam od Ewy sukienkę od jednej z pierwszych Fashionistek. Kiecka ta okazała się być jedyną, która ogarnęła umięśnione ciałko wrestlerki. Lalkę zabrałam do Londynu, ale z lalkowych zdjęć tam guzik wyszedł.

Kilka dni później, po wyciągnięciu Becky z worka foliowego, w który była zawinięta na czas przebywania w moim plecaku, okazało się, że na jej podbródku pojawiła się fioletowa plama niewiadomego pochodzenia. Nie mam bladego pojęcia, co i w jaki sposób ją trafiło w tym worku :/ Plama nie chciała sobie odpuścić podbródka Becky mimo potraktowania zmywaczem do paznokci, etanolem, a także mieszanką obu. Gumkę do ścierania też olała. Gdyby plama miała oczy, zapewne gapiłaby się na mnie z wyższością i triumfem, bo w pewnym momencie poczułam się już dość bezradna. A potem złapałam za pilnik do paznokci… I tak na przemian piłowałam, przecierałam zmywaczem i znowu piłowałam, aż doprowadziłam lalkę do stanu, na który mogę przymknąć oko – co widać na powyższym obrazku.

Muszę przyznać, że wdzięczna z niej modelka i bardzo miło się z nią „pracowało” 🙂 Nie wiem, czy prawdziwa Becky by mi nie wlała za taką stylizację 😉 I tak w ogóle sobie myślę, że trzeba było w swoim czasie zostać wrestlerką, a nie tancerką 😛 Scena może i trochę bardziej gumowa, ale przynajmniej człowiek umiałby się bić 😉

A to mój dobry przyjaciel – wentylator. Zwłaszcza dziś, kiedy termometry w moim pokoju pokazują 28…

Chodzi mi po głowie jakaś wspólna sesja wszystkich trzech WWE, w dedykowanych strojach, które najpierw muszę uszyć. Zresztą, co mi po głowie nie chodzi…

Dobra, fajnie było, ale zdejmuję już to
No i wzięła, i se zdjęła 🙂

Niestety zagapiłam się i z Amazona zniknęły już obie lalki z serii WWE, na które miałam jeszcze chętkę. Jak zwykle – czekałam, aż stanieją. Obecnie, jeśli w ogóle się pokazują, cena przewyższa tę pierwotną. Nie na darmo mówią, że chytry dwa razy traci. Z drugiej strony lalką rachunków nie zapłacę. Sami wiecie, jak to jest…

9 lat Mangustowa

10-11 lipca Mangustowo – mój jedyny (jak dotąd) blog – obchodzi rocznicę, w tym roku dziewiątą. Pierwszy wpis, z 10 lipca, to było dosłownie kilkanaście słów z zapowiedzią. W drugim wspominałam swoje lalki z dzieciństwa, a dalej już prezentowałam nowe zdobycze. Po latach lalkuję już trochę inaczej. Nie skupuję wszystkich trupków, jakie pojawią się w zasięgu. Ogólnie kupuję mniej, za to więcej czasu poświęcam tym lalkom, które już mam, jakkolwiek w różnych proporcjach. Pomysłów mam wiele, znacznie więcej niż czasu na ich realizację, natomiast najważniejsze wydaje się, że w ogóle mi się chce coś robić. I chyba za to najbardziej lubię lalkowe hobby, że stwarza tyle możliwości i wymaga kreatywności. Bardzo mi miło, że ciągle jednak ktoś tu zagląda, mimo że lalkowanie online zdecydowanie przesunęło się z blogów na fb czy różne portale zdjęciowe. W tym roku (dopiero!) trafiłam na blog Dex http://mbfbydex.blogspot.com/ gdzie można podziwiać nie tylko lalki i ubranka, ale też bardzo sprytnie robione mebelki. Mam nadzieję, że wciąż będziecie mnie odwiedzać i że razem dociągniemy do dekady Mangustowa 🙂 ❤

Miu i łodyga fasoli

Nic mi w ten urlop nie wyszło, jak chciałam 😦 Obszyłam jedną lalkę zamiast trzech i tylko ją mogłam w związku z tym zagonić do roboty na mojej grządce.

Na początku kwietnia wypieliłam i skopałam pasek ziemi między murem a ścieżką, żeby spróbować posadzić tam fasolkę szparagową. Pierwsze nasionka zasadziłam zaraz po 15 maja. Po trzech tygodniach wzeszła może 1/4. Kolejne posadziłam, kiedy zrobiło się znacznie cieplej, a momentami wręcz upalnie. Tym razem na wzejście czekałam 2 dni. Coś mi je żre, ale wydaje się, że im wyżej rosną, tym trudniej jest dostać się tam amatorom mojej zieleniny.

No to do roboty!

Wydaje się, że ziemia w tym miejscu nie należy do żyznych. Nawet chwasty nie odrastają szczególnie bujnie. Mimo wszystko Miu postanowiła jej usunąć.

Z pełnym poświęceniem zasuwała na kolanach.

Niby nic nie odrasta, a całe wiadro zebrała.

Jak już wyrzuciła chwasty na kompost, postanowiła trochę pokopać, może jeszcze coś się posadzi.

Teraz tylko pograbić i można iść do domu, obmyć buty z ziemi i coś zjeść.

Takie kulki walają się nam po ogródku. Podejrzewamy, że to jaja pająka.

W tym roku wiciokrzew rozkwitł jak szalony i próbuje nas udusić intensywnym zapachem. Po powrocie na górę okazało się, że się z nami zabrał 😉

Wszystkie narzędzia ogrodnicze pochodzą z Tigera – w poprzednim wpisie były jeszcze zapakowane. Spodenki Miu były do niedawna rękawem jednego z moich t-shirtów, a bluzkę uszyłam z dziecięcych majtek. Kupiłam paczkę 10 par, skusiły mnie te nadruki ze zwierzątkami w rozmiarze wprost stworzonym dla lalek 🙂 Do tego przecież niejako specjalizuję się w przerabianiu gaci na lalkową garderobę 😉

Żałuję, że dziś nie mogłam zaprezentować więcej. Ciężkie tygodnie przede mną (w sensie pracowym), spodziewam się, że nie będę mieć albo czasu, albo siły na lalkowanie. Wielkie nadzieje pokładałam w urlopie, ale cóż, seria niefortunnych zdarzeń rozłożyła go na łopatki :/ Nic to. Do następnego razu!