Spectra wiosenna

Może pamiętacie, jak kilka miesięcy temu wspomniałam, że niektóre lalki nie pasują tak samo do różnych pór roku. Spectra najczęściej wychodzi z szafy jesienią i wiosną. I nawet się z tej okazji przebiera 😉

Tym razem nic nowego nie szyłam. Wsunęłam jej plastikowe, dziwnie wygięte ciałko w sukienkę, która powstała jeszcze w Polsce. Tym razem oszczędziłam jej dodatków i taką na wpół saute wpuściłam w moje osobiste bratki.

Zaraz potem przyszła pora na szafirki. Bukiet został zrobiony z tego, co samo się rozsiewa.

Nie bardzo znam się na zwyczajach niezapominajek. W tym roku pokazały się w innym miejscu niż w ubiegłym. Do tego dołączyły do nich fiołki i kilka dzwonków – jednych i drugich nie było w naszym ogródku w zeszłym roku. Oczywiście to lepiej niż gorzej, bo można focić lalkę w ulubiony sposób bez ruszania się z domu na dobrą sprawę 😉 Ruszyłam się jednak w Wielkanoc sprawdzić, czy blue bells już kwitną.

I owszem, kwitną jak szalone 😀

Całe połacie dzwonków pokrywają teraz zalesiony teren w mojej dzielnicy. Pachną, aż się w głowie kręci, można paść.

Spectra padła 😉

Kornwalia – część II

Wzmianka z poprzedniego wpisu o brytyjskim prawie dotyczącym wynoszenia kamieni z plaży wywołała sporo emocji. Może zatem warto rozwinąć temat. Nie wolno wynosić kamieni, bo ich obecność spowalnia erozję brzegu. Niby jeden kamyczek na osobę to nic takiego, ale gdy tych osób przewija się przez plaże tysiące, to z jednego kamyczka robią się tony. Podobnie jest z piaskiem. Nie wolno go usuwać z plaży ze względu na już i tak kruchą równowagę ekologiczną i zapewnienie dzikim zwierzętom odpowiednich warunków do rozrodu.

Ostatnim, czego nie można zabrać z plaży w UK, są żywe stworzenia. Kawałki drewna (driftwood), odłamki szkła, małe skamieliny (np. zęby rekina) można wziąć na pamiątkę. Muszle też, chociaż trzeba pamiętać, że służą one innym organizmom żywym do przetrwania, krótko mówiąc. Zapewne często udaje się turystom zabrać więcej niż im wolno, bo nie wszędzie jednakowo tego pilnują.

Dobrą praktyką jest także nieśmiecenie na plaży. Uważałam bardzo, żeby nie zgubić nic plastikowego 😉 Wiatr bywał tak silny, zwłaszcza na klifach, że często zwyczajnie obawiałam się, że lalka odleci i wpadnie do wody, dlatego nie wyciągałam jej z plecaka. Byłaby to podwójna szkoda, bo po pierwsze w oceanie stałaby się niepożądanym odpadem, a po drugie nie chciałabym się z nią rozstać, bo ją lubię 🙂

Mój pobyt w Kornwalii był krótki. Nie wiedząc do końca, czego się spodziewać, nie chciałam pierwszy raz jechać na zbyt długo. Czy będzie jakiś następny? Chciałabym. Czas pokaże.

Ocean jest wielki, a ja taka malutka…

Wszystkiego najlepszego z okazji świąt tak poza tym 🙂

Kornwalia – część I

Wracam po nieplanowanej przerwie. Różne okoliczności się złożyły na to, z większością z nich już sobie poradziłam – chyba… Wyprawę do Kornwalii planowałam za to od miesięcy, niestety tak wyszło, że musiałam ją dwa razy przełożyć. Wyjazd był krótki, ale owocny, do tego prawie wszędzie towarzyszyła mi lalka.

Zabrałam ze sobą lalkę, która była moim pierwszym zakupem na Aliexpress oraz jednym z lepszych jakościowo (planuję – również od dawna – post zbiorczy o moich wszystkich zakupach z Ali). Przed wyjazdem uszyłam dla niej nowe ubranko: tunikę (pierwotnie sukienkę, ale nie wyszła, jak chciałam) i spodenki z resztek moich ulubionych rozciągliwych dżinsów. Nawiasem mówiąc, materiał ze spodni był okropny do szycia :/ Buty, uznałam, nie będą szczególnie potrzebne na plaży – jakkolwiek zachowałam własne 😉

Na pierwszy raz wybrałam miejscowość Newquay, głównie dlatego, że dociera tam transport publiczny, co nie jest regułą w Anglii. To typowa wczasowa miejscowość. Jej główne atrakcje to plaże, klify i sklepiki z lokalnymi produktami. W przypadku oceanu chodzenie po plażach jest silnie uzależnione od przypływów i odpływów. Podczas przypływu w wielu miejscach plaża zwyczajnie znika, a głębokość wody nawet w niewielkiej odległości od brzegu może liczyć kilka metrów.

Wszystko, co pokrywa woda, jest obrośnięte glonami albo koloniami małży, małymi jamochłonami i pąklami. Patrzenie na małże na skałach wysoko nad głową własną pozwala uświadomić sobie głębokość wody.

Ocean wyrzuca piękne kamienie, mniej lub bardziej „opracowane” przez wodę, także rozmaite muszle, wodorosty, szkielety mątw i tzw. syrenie torebki (jaja rekinów). Na grzebaniu w kamieniach spędziłam dosłownie godziny. Brytyjskie prawo zabrania zabierania kamieni z plaży, pozostaje więc popatrzeć i pofocić.

Wybrałam, całkiem przypadkiem, dość dobry moment na podróż nad ocean. Sezon się dopiero rozpoczyna, więc cena zakwaterowania wypadła bardzo korzystnie, do tego turyści na plażach byli nieliczni, a pogoda dopisała na tyle, że wróciłam z opalonym nosem 🙂 Wiało szaleńczo, ale „nad wodą wielką i czystą” mi to jakoś nie przeszkadza.

Skały na plażach są piękne, wyniosłe i niebezpieczne. I niesamowicie ciekawe do oglądania. Bardzo mi się podobały kwarcowe wrostki (geolog ze mnie amator, więc raczej nie jest to fachowe określenie…) sprawiające, że skały wyglądają niekiedy, jakby szczerzyły zęby.

Tyle na dzisiaj, bo się coś rozgadałam 😉 Miłego nowego tygodnia Wam życzę!

Czwarta

Niedawno dorobiłam się kolejnej lalki Azone – ogólnie czwartej, bardziej szczegółowo jest to Miu w kolejnej odsłonie. Ciałko to również Pure Neemo starszego typu. Lalka przyjechała naga, za to w oryginalnym pudełku, bardzo ładnym, które zdążyłam już przypadkowo podniszczyć… Miu 2 wybrała się ze mną na wiosenny spacerek.

W tym roku musiało być zimniej niż w poprzednim, bo kwiatki rozwinęły się później. Właściwie dawno nie było tak słonecznego i względnie bezwietrznego dnia.

Zdjęcia robiłam dużym obiektywem – wydaje się, że problemy z ekspozycją zniknęły. Żeby w ogóle złapać ostrość na takim małym obiekcie, muszę stać znacznie dalej od lalki. Podobnie nie tak łatwo jest uzyskać taki sam kąt, jak przy obiektywie małym.

Miu 2 ma plamy na jednej nodze (stąd jej bardzo satysfakcjonująca cena), które udało się ukryć pod fioletowymi rajtkami z podkolanówki. Ubranko uszyte jest z dziecięcych majtek. Już jeden uszytek z tej serii widzieliście, pojawi się on zresztą na jednym ze zdjęć poniżej 🙂 Buty pochodzą zdaje się od Liv Spinmaster.

Można powiedzieć, że od nowa uczę się robić zdjęcia lalkom 🙂

A to już obie Miu, „starsza” we wspomnianym uszytku. W przypadku lalek Azone raczej nie da się mówić o moldach, na pewno różnicuje je natomiast sposób malowania oczu i wyraz twarzy. Jak widać, sama zmiana kolorów oczu i włosów daje odpowiednie efekty.

Trzymajcie się, moi Drodzy ❤ Miłego weekendu!

„These boots are made for walkin'”…

…but these legs will make you cry. Ale po kolei. Zaczęło się od szycia sukienki na Dal Fiori, co okazało się nie takie łatwe, jak zakładałam. Przede wszystkim problem sprawiło mi dobranie odpowiedniej tkaniny. Jak zwykle na początek złapałam za materiał rozciągliwy, ale ten wcale ładnie nie leżał na lalce. Spróbowałam zatem z bawełną, tą samą, która już posłużyła do szycia na Celine i Kaoru (moje żywice).

Tak to wyszło – nie najgorzej moim zdaniem. Włosy (tu, na zdjęciu robionym telefonem wyszły jakieś rude) zaczesałam do góry. Zaczynam rozumieć, dlaczego tyle osób decyduje się na pozbycie oryginalnych peruk tych lalek. Włosy są sztywne, grube, ciężkie i nie współpracują – a w każdym razie ja sobie z nimi nie radzę.

Do tej sukienki pewnie lepsze byłyby jakieś lżejsze buty, ale kiedy rozebrałam lalkę ze stockowych ciuszków, okazało się, że podkolanówki jakimś cudem zafarbowały jej nogi, mimo że te wciąż były owinięte folią. Co ciekawe, żadna inna część garderoby nie pozostawiła na ciałku śladów, tylko podkolanówki – jedyny element ubranka, poza butam, który stykał się z folią. W efekcie nogi wyglądają, jakby tatuaże się nie przyjęły, za to gangrena owszem.

Nic z tego nie będzie, panie, amputować trza, zanim się rozlezie. Najlepiej przy samej głowie… Myśli natychmiast powędrowały do moich j-dolls – lalek wyprodukowanych przez tę samą firmę – których części ciała także owinięte są folią pod ubrankiem. Prędko nie zobaczę, w jakim są stanie, zostały w Polsce.

Ciałko Dal jest bardzo drobne i być może będę chciała je wymienić, choć raczej nie na obitsu (będące dość typowym wyborem w przypadku tej lalki), bo z tym mam już nieciekawe doświadczenia – skrzypienie, rozklejanie, notorycznie odpadające dłonie… Jedną z kandydatek na ciałkodawczynię jest Shibajuku Girls Suki.

Wyższa o głowę od Dal, nazywana niekiedy pogardliwie podróbką Pullipa, na zdjęciach prezentuje się lepiej niż na żywo. Ciałko jest trochę bardziej beżowe, ale mogłoby się nadać. W Suki spodobało mi się ubranko – widoczna na zdjęciu kurtka ma suwak – a poza tym lalka była niedroga. Ten czarny makijaż ją zdecydowanie szpeci i sprawia, że oczy wydają się bardziej wyłupiaste. Włosy są całkiem dobrej jakości, ale sposób rootowania woła o pomstę do nieba. Miałabym wręcz ochotę ją ostrzyc do gołego plastiku i założyć jej perukę. Oczywiście dopiero po tym, jak ustalę rozmiar tejże 😉 Shibajuku Girls (chyba) już nie są produkowane, w związku z czym potrafią osiągać chore ceny. Wszak wartość lubi rosnąć z brakiem dostępności. Rozmontowanie Suki może zatem nie być najlepszym pomysłem, nawet jeśli została już wyjęta z pudełka. Na razie Dal Fiori zajumała koleżance tylko spinkę 😉

Mangustowo zmierza coraz szybciej w stronę swego dziesięciolecia. Może by z tej okazji jakiś konkurs? Jak myślicie?

Grudniowy spacer

Mam taki pomysł – dla bezpieczeństwa własnego nie nazwę go postanowieniem – żeby w miarę regularnie wyciągać z pudła Barbie i coś nowego im szyć. Na pierwszy ogień poszła Barbie Glitter Hair 1993, która mimo że gościła już na blogu, to jednak nie miała sesji solo.

Jak widać, załapała się na fotki w tym samym wnętrzu, gdzie niedawno bawiły się chińskie maluszki. Zarówno ściany, jak i mebelki, dla Barbie są trochę za małe, ale na zdjęciu chyba całkiem dobrze udało się to ukryć 🙂

By tradycji z dzieciństwa stało się zadość oraz by do cna zużyć to, co jeszcze nie jest do końca zdarte i zniszczone, uszyłam jej sweter i opaskę ze skarpetki 😀 A tak poza dorabianiem ideologii do faktów, to szkoda mi było się rozstać ze skarpetkami w kotki, kiedy jedna z nich przetarła się na śmierć na pięcie 😛

Bardzo lubię tę lalkę, jest śliczna. Nawet mi nie przeszkadza zanadto, że została pozbawiona kolczyków, z których resztki jednego wciąż tkwią w uchu… Wolałabym jednak, żeby miała własne ciałko – TNT w wersji ze zgiętymi łokciami. Zdjęcia nie oddają za dobrze jej lekko pomarańczowego koloru skóry. Nie jest to tak hardkorowy pomarańcz jak w przypadku plażówek, ale standardowym barbiowym odcieniem też się go nazwać nie da.

O ile mnie pamięć nie myli, w serii były cztery lalki: trzy o moldzie Superstar (blondynka, brunetka i ruda) oraz jedna Christie. Wszystkie miały bardzo długie włosy, topy z palmą i spódniczki mini oraz wielgachne kolczyki w kształcie palm. Kolczyki lalek z ery Superstar często bywały wręcz karykaturalne, czego te palmy były najlepszym dowodem.

Najprawdopodobniej jest to ostatni wpis w tym roku.

Korzystając z okazji, chciałabym Wam wszystkim życzyć

Szczęśliwego Nowego Roku 2022!!!

Spirit of Yule – wpis świąteczny

Niech Wam czas mija przyjemnie, z dala od trosk i sporów, cokolwiek świętujecie lub nie świętujecie 🙂 :*

Główną bohaterką świątecznego wpisu została Stella – moja najbardziej rozsypująca się lalka, a mimo to jedna z bezwzględnie ulubionych. Stoi o własnych nogach, bo urwaną w stawie kończynę udało mi się w miarę bezboleśnie wcisnąć z powrotem na miejsce. Uff!

Z natury swej plastikowej czerwono-zielona Stella stała się pierwszą kandydatką do roli ducha przesilenia zimowego. Do całości brakuje mi tylko gałązki ostrokrzewu z czerwonymi owocami, wówczas byłoby so very British 😉 Całkiem sporo tego tu rośnie, jak i innych zimozielonych roślin, ale tak jakoś głupio zrywać coś z cudzego ogródka, nawet jeśli sterczy za płot…

Strój uszyłam z resztek koronkowej bluzki, która posłużyła już do stworzenia kilku innych lalkowych ubranek (w tym świątecznych sukienek Azonek z zeszłego roku) oraz pozostałości jednej z moich koszulek. Muszę sobie przyznać, że obszywanie Tonnerkowych kształtów idzie mi coraz lepiej, podobnie jak wszywanie rękawów.

Wzgardzona świąteczna zabawka dla kotów…
…jednak na coś się przydała – złapał się jakiś =^.^=

Stella znalazła pod choinką kotka 😉 A Wy?

Jeszcze raz miłego świętowania i do zobaczenia na blogach!

La Catrina na Halloween

Nadszedł mój ulubiony dzień w roku. Co prawda nie do końca mogę go spędzić tak, jak bym chciała, bo: a) spóźniłam się z kupnem dyni, b) jutro do pracy, ale sama świadomość daty jest miła. Pogoda w sam raz na siedzenie w domu i oglądanie horrorów (jakbym przez pozostałą część roku nie oglądała, nie? 😛 ) Brexit i covid zaważyły w tym sezonie na asortymencie halloweenowych pierdółek w sklepach, więc cóż było robić? Zrobiłam sobie sama.

Od pewnego czasu fascynuje mnie meksykański kult Santa Muerte. Jego centralna figurą jest sama śmierć w postaci żeńskiego bóstwa uzdrawiania, ochrony i bezpiecznej podróży na tamten świat. Kult, uznawany przez Watykan za bluźnierczy, rośnie w siłę zwłaszcza wśród ludzi doznających wykluczenia z różnych powodów. To jednocześnie straszne i przykre, że dla niektórych śmierć jest tak powszechnym zjawiskiem, że aż staje się bóstwem, u którego szuka się pociechy. Santa Muerte wygląda trochę jak dziewica Maryja, z tą tylko różnicą, że jest szkieletem. Miałam zamiar sobie taką zmajstrować, ale mi nie wyszło z prozaicznego powodu – nie dostałam nigdzie szkieletu ani choćby czaszki w odpowiednim rozmiarze i względnej jakości. Miałam za to zbędny łeb Livki z wydłubanymi oczami i czarny marker – i tak powstała La Catrina.

La Catrina to postać związana z obchodami święta zmarłych w Ameryce Łacińskiej – Dia de Los Muertos. Obecnie na świecie jest to popularny motyw zdobniczy gotyckich ciuchów, akcesoriów i wszelakich przydasiów i chyba za bardzo nikt nie myśli, że w pewnych kulturach ma to znaczenie sakralne. Pierwotnie La Catrina była przedstawiana jako szkielet ubrany bogato i zgodnie z europejską modą, wyobrażała bowiem postać z górnych warstw społeczeństwa, która mimo uprzywilejowanego żywota nie wywinęła się spod kosy. Takie jej przedstawienie spopularyzowała grafika Jose Guadalupe Posady na początku XX wieku.

źródło: Wikipedia

Wizerunek La Catriny przypomina o równości wszystkich w obliczu śmierci. Z czasem trupią czaszkę zastąpiła tzw. calavera (sugar skull) i właśnie takie jej oblicze zostało najbardziej rozpowszechnione. Po ten motyw sięgnął już Mattel w kreacji Skelity Calaveras z Monster High oraz w obecnej kolekcjonerskiej serii lalek Barbie. W Ameryce Łacińskiej w dniu święta zmarłych (2 listopada) odbywają się festiwale, których częścią są pochody La Catrin w wydaniu zarówno żeńskim, jak i męskim. Postać ta ma przypominać, że śmierci nie należy się bać, tylko ją zaakceptować, a życie trzeba celebrować, póki trwa. Amen.

Nie będę twierdzić, że mażąc markerem po twarzy Livki stworzyłam wiekopomnego ooaka, bo nie stworzyłam. Tak naprawdę nie myślałam za wiele o tym, co robię. Pomazana głowa spędziła tygodnie zatknięta na jeden z ołówków. Potem na miejsce oczu wsadziłam dwa białe pimponki i pomyślałam, że może coś na krótką metę z tego będzie. Marker nie jest najlepszy do malowania lalek, chyba że chce się je zepsuć. Na pewno natomiast łatwiej się nim operuje niż pędzelkiem.

Sukienkę i wianek uszyłam, korale już dawno zrobiłam dla Tonnerek, ciałko od sztywnej współczesnej Barbie, a peruka od Moxie Teenz. Na Halloween może być. Na myślenie o przykrych rzeczach nieuniknionych też…

Happy Halloween!

Pennyłajza

TRIGGER WARNINIG: klauny

Dawno mnie tu nie było – niezamierzenie. Ale przynajmniej wracam z ukończonym projektem 🙂 Wszystko zaczęło się od kupienia lalki na Aliexpressie. Chociaż nie. Wszystko zaczęło się od ekranizacji powieści Stephena Kinga pt. To z 1990 roku. Miałam z piętnaście lat, kiedy obejrzałam obie części filmu i mimo że pierwszą widziałam już jakiś czas wcześniej, za drugim podejściem wszystko wywarło na mnie dużo większe wrażenie. Po seansie nawet śniło mi się, że do klamki u drzwi mojego pokoju przywiązany jest balonik, czerwony, który pękł na granicy jawy i snu…

Lalkę na Aliexpressie kupiłam jakoś w zeszłym roku. Na zdjęciu wyglądała słodko i uroczo. Po rozpakowaniu mina mi zrzedła straszliwie. Sukienka, zamiast niebieska, okazała się szarawa, do tego uszyto ją z niezwykle marnej, sztucznej tkaniny. Sama lalka wyglądała trochę jak zleżała topielica: sinoblada, z rzadkimi włosami, przez które prześwitywał plastik czaszki, i płaską facjatą. Masakra. Całe szczęście nie są to drogie rzeczy, nie dostałam zatem wścieku, a lalka wylądowała w szafie do czasu aż wymyślę, czy na coś mi się przyda. Zdjęcie promo na Aliexpressie przedstawia się tak:

źródło: aliexpress

Jakiś czas później, podczas gdy chińska niepiękność leżakowała w szafie, obejrzałam nową ekranizację To. Podobnie jak poprzednia i ta została została pocięta na dwie części. Obejrzałam ją w czterech, bo tak potwornie się nudziłam, że zasnęłam w środku najpierw pierwszej, potem drugiej. Oczywiście to nie musi źle świadczyć o filmie. Natomiast na pewno świadczy o tym, jak ogromny mam sentyment do ekranizacji z lat 90. i do ówczesnego wizerunku złego klauna Pennywise’a.

mój ci on! – zdjęcie z internetu (kadr z filmu)
zdjęcie z internetu (kadr z filmu)

Taki był w latach 90. Kolorowy jak sama tęcza, a jednocześnie mroczny niczym odbyt samego Szatana 😛 I chyba to mnie najbardziej ujęło w nim – że zło nie musi być ewidentne, żeby być przerażające i zabójcze. I z tego sentymentu oraz focha na nową ekranizację i Aliexpress powstała Pennyłajza.

Skończyłam szyć jej strój dosłownie z godzinę temu. Powstawał na raty. Najpierw urwałam łeb i zrerootowałam akrylową włóczką w dwóch odcieniach czerwieni. Na rajty poświęciłam podkolanówki własne, nówki nieśmigane. Dalej powstały bluzka i spódnica z żółtej lycry. Dziś dodałam pompony i zszyłam je w jedno. Także dziś powstały kamizelka z filcu i lakieru do paznokci oraz kołnierz z tiulu od oryginalnej sukienki lalki. Wiem, że kolory trochę nie te – brakuje zieleni i fioletu – ale strój (sukienka przecież) z założenia jest jedynie inspirowany wdziankiem Pennywise’a. I muszę sobie przyznać, że całkiem mi się ona podoba w tej stylizacji.

Ciałko to wydmuszka, ale całkiem fajnie artykułowana, podobnie jak u mojego pierwszego nabytku z Ali, siwowłosej. Ma co prawda bardzo dziwnie zaznaczone obojczyki, ale ten strój dobrze je ukrywa. Mogłam jej zrobić makijaż dla pełniejszego efektu, ale… wszyscy wiemy, jak robię lalkowe makijaże… Poza tym bez niego lalka może mieć bardziej uniwersalne zastosowanie.

A to mój nieodłączny towarzysz Schizo (mini Pennywise). Na chwilę wyskoczył dziś z mojego plecaka trochę się poprzytulać 😉 Pennywise’a 1990 można także kupić w postaci figurek czy Living Dead Doll. Mam na niego oko, jak słusznie przypuszczacie 🙂

taka jestem słodka dziewuszka 😉

Sentyment pozostał, mimo że jakieś sześć lat temu Pennywise’a zdetronizował w moim osobistym rankingu strasznych klaunów Art the Clown. Ten to jest dopiero czubek… Oszczędzę Wam tutaj oglądania jego twarzy urokliwej inaczej. Kto ciekaw, sam sobie znajdzie, a co złego, to nie ja 😉 🙂

„Atmosphere”

„Walk in silence
Don’t walk away, in silence
See the danger
Always danger

Endless talking
Life rebuilding
Don’t walk away”

„Walk in silence
Don’t turn away, in silence
Your confusion
My illusion

Worn like a mask of self-hate
Confronts and then dies
Don’t walk away”

„People like you find it easy
Naked to see
Walking on air
Hunting by the rivers, through the streets, every corner”

„Abandoned too soon
Set down with due care
Don’t walk away in silence
Don’t walk away” – Joy Division „Atmosphere”

Wspięłam się wczoraj na Shotover – pobliskie wzgórze porośnięte lasem. Żywego ducha wokół, nie licząc ptaków i królików. Było magicznie. Zwykle nie wstawiam na blog innych zdjęć niż związane bezpośrednio z tematem, ale tym razem zrobię wyjątek. Oto bonus:

Miłego tygodnia!