Ewa odeszła

To nie jest post, który naprawdę chcę napisać. Większość z Was znała Ewę tylko z bloga lub facebooka. Tak jak Wy, poznałam ją dzięki wspólnemu lalkowemu hobby. W krótkim czasie stała się moją dobrą przyjaciółką, kimś, kto zawsze miał dla mnie lody w zamrażarce i piekł mi ciasta z kruszonką, osobą, która słuchała o moich problemach i zawsze starła się coś poradzić, która odwiedzała mnie w szpitalu, przynosiła truskawki i gołąbki, a potem zmieniała mi opatrunki, jak już z niego wyszłam. Która opiekowała się moimi kotami, kiedy wyjeżdżałam, i zostawiała mi na stole bratki, bo wiedziała, że je lubię. Która przyjęła mnie pod swój dach za grosze, kiedy wyprowadziłam się od męża i która ze mną siedziała po nocy, gdy ryczałam po rozwodzie. I którą ostatni raz widziałam 3 lata temu, bo później pandemia do spółki z moją pracą uniemożliwiły mi zagraniczne podróże. I której już więcej nie zobaczę. Bez niej ani lalkowanie, ani życie nie będą już takie same.

Sydney w srebrze

Upał w Oxfordzie dał się wszystkim porządnie we znaki. Tutejsze domy nie są przystosowane do takich temperatur. Próbowałam spowolnić podgrzanie mojego pokoju do piekielnego poziomu za pomocą srebrnej folii w oknie, ale nie na wiele się to zdało :/ Resztki tejże posłużyły za tło do zdjęć. Poprzednio Sydney zaprezentowała się na złoto, dzisiaj w zimniejszych barwach.

Srebrne legginsy kupiłam na lokalnym Etsy. Teoretycznie jest to rozmiar MSD, więc miałam pewność, że na którąś z 16-calowych lalek się nadadzą 🙂

Spódnica była szyta przez Ewę (i wielokrotnie eksploatowana), natomiast bluzka powstała – jak to często u mnie – z gaci 🙂

I to by było na tyle 🙂 Miłego tygodnia wszystkim i dziękuję za przeczytanie pierwszego wpisu w świeżo rozpoczętym drugim dziesięcioleciu Mangustowa 🙂

10 lat Mangustowa

Dokładnie 10 lat temu usiadłam przy kompie, którego już dawno nie mam, i założyłam swój pierwszy i wciąż jedyny blog celem prezentowania mojej nowopowstającej kolekcji lalek. Nie wiedziałam wówczas, na ile mi wystarczy entuzjazmu, a już na pewno nie spodziewałam się, że 10. rocznicę bloga będę spędzać w UK…

Lalkowe hobby okazało się niesamowicie satysfakcjonujące w różnych aspektach i chociaż nie zawsze mam na nie czas, zwykle wracam do lalkowania pełna energii. Przez dekadę sporo się pozmieniało, lalki przychodzą i odchodzą, chociaż na początku nie wyobrażałam sobie, że którejkolwiek kiedykolwiek będę chciała się pozbyć 🙂 Jedne z moich pierwszych nabytków, które wciąż mam, to Skipper Cool tops, Western Fun Nia i Delilah Noir. Lalki same dzielą się na kategorie: jedne często pokazuję na blogu, inne lubię po prostu mieć, ale fotografować niekoniecznie. Poza tym mam przy sobie tylko część mojej kolekcji.

Lalkowanie to również ludzie, których poznałam dzięki temu hobby. Cieszę się, że mnie odwiedzacie taki szmat czasu 🙂 W związku z tym zapraszam na rocznicową rozdawajkę! Przedmiotem rozdawajki będzie wybrana przez zwycięzcę lalka z oferty amazon.co.uk o wartości do 35 GBP. Nagroda zostanie wysłana na mój koszt, ewentualne opłaty celne w PL są po Waszej stronie. Uprzedzam, że przy losowaniu lalki będę faworyzować osoby, które są ze mną dłużej niż od dzisiaj 😉 Proszę o zgłaszanie się w komentarzach do 31 lipca br. 🙂 Dziękuję, że ze mną jesteście!!! :* ❤

Sahra w Kornwalii

Jak widać, długo nie wtrzymałam bez Kornwalii 🙂 Na początku tego tygodnia pojechałam znowu na krótki urlop do tej samej miejscowości – Newquay. Pojechała ze mną Sahra, moja najrzadziej fotografowana azonka. Przed wyjazdem uszłam jej nowe wdzianko. Góra jest z majtek, dół z rękawa po moim ostatnim cosplayu 🙂

Pierwszego dnia pogoda dopisała, drugiego udało mi się zwiedzić jeden z półwyspów przed deszczem, trzeciego dorobiłam się poparzeń słonecznych i udaru cieplnego (niezbyt poważnego), a czwartego musiałam już wracać. Jak poprzednio, bawiłam się świetnie i naładowałam bateryjki na nadchodzące, najcięższe tygodnie w pracy.

Zaskoczyła mnie mnogość roślinności na klifach, w kwietniu nie było to aż tak widoczne. Podobnie ocean wydawał się uciekać dalej podczas odpływów niż na wiosnę. Udało mi się nawet przejść brzegiem przez trzy plaże. Nie znalazłam ani jednej „syreniej torebki”, ale pokazały się chełbie.

W pewnym momencie zauważyłam, że nos Sahry zabarwił się od czegoś na niebiesko. Próbowałam ją wytrzeć, co spowodowało zabarwienie nosa na fioletowo! Kiedy udało mi się pozbyć fioletu, spod spodu znów wyjrzał niebieski, który ostatecznie zniknął sam z siebie. Nie mam pojęcia, co o było…

Pięknie było, szybko się skończyło.

Życzę miłego nowego tygodnia i do zobaczenia w następnym, rocznicowym wpisie 🙂

Sushi

Jakiś czas temu w lokalnej galerii handlowej otworzyła się filia Hamley’s. Rozmiar sklepu siłą rzeczy jest nieporównywalnie mniejszy od ich głównego w Londynie. Wpadam tam czasem popatrzeć na zabawki (duh…). Niedawno skusiłam się na przeceniony zestaw sushi w rozmiarze plus minus lalkowym.

Jako producent podana jest firma Just Play. Jak widać zestaw wyposażony jest we wszystko, co trzeba – sos sosjowy, wasabi, pałeczki, a nawet w łódeczkę, jakie czasem można zobaczyć w restauracjach serwujących sushi (czyli tak zwanych suszarniach 😉 ). Po rozpakowaniu prezentuje się tak:

Po wyjęciu z plastikowej wytłoczki natychmiast odpadła chorągiewka od łódeczki. Nie da się jej wcisnąć na miejsce z powrotem. Mata to wydruk na kartoniku, a torebeczka z napisami zawiera jakiś glut do dekorowania sushi (zapewne w połączeniu z tymi pomarańczowymi granulkami większymi od samej potrawy), którego obecności w ogóle nie zauważyłam. Trafił do śmieci, bo wystarczająco dużo czasu spędzam z glutami w pracy, w domu nie muszę 😉 Ogólnie zestaw jest całkiem fajny i na pewno można go wykorzystać do lalkowych zdjęć, mimo że poszczególne elementy są w zdecydowanie dziwnej skali. A tak prezentują się w użyciu przez lalki 🙂

Wydaje mi się, że widać, w czym problem. Niektóre przedmioty powinny być znacznie mniejsze albo większe, żeby wyglądać realistycznie i żeby dobrze do siebie pasować. Niemniej jednak to tylko zabawka, do tego za parę groszy, a nie artystyczna miniatura 🙂 I tak, wiem, że Mei Li to Chinka, ale potrzebowałam pretekstu, żeby ją wyciągnąć z szafy 😉

Wagary

Uszyłam Kaoru mundurek szkolny w stylu japońskim / mangowym, a ta, zamiast grzecznie potuptać do szkoły, poszła się walać w trawie. Nawet torby z książkami nie wzięła.

antenka 😉

Muszę przyznać, że nie jest łatwo robić jej zdjęcia :/ Ogólnie blade lalki sprawiają mi problemy. Bardzo często twarz wygląda na zdjęciu zupełnie inaczej niż stan faktyczny – albo światło całkiem rozmywa szczegóły, albo zmienia kształt (np. Kaoru często robi się nad wyraz pucołowata ;P ). Zdjęć zrobiłam ze trzy razy tyle, ile widzicie.

Gdybym kiedyś zdecydowała się z nią rozstać, zdecydowanie pchnę marketing w kierunku nawiedzenia 😛 Stopień naciągnięcia gumki powoduje, że lalka robi, co chce i kiedy chce: podkurcza nogi, odwraca głowę, zgina ręce itp. Blada cera i długie czarne włosy (które również robią, co chcą i kiedy chcą) automatycznie spychają myśli w kierunku yurei 😉 Nawiasem mówiąc, niedawno na którymś z Waszych blogów czytałam coś o niewspółpracującej peruce – czarna z pewnością pasuje do tej kategorii jak ulał. Z jakiegoś powodu te wszystkie niesforne pojedyncze włosy widać dopiero po fakcie na monitorze…

Mundurek uszyłam z resztek białego t-shirta (góra + skarpetki) i zbędnej poszewki na poduszkę (dół). Poszewka okropnie się snuje, dlatego odpuściłam zarówno obszywanie wokół dekoltu, jak i kołnierz a la Sailor Moon. Może kiedyś go dorobię z czegoś innego. Buty już widzieliście. Tak naprawdę do mundurka powinnam jej sprawić mokasyny, ale na razie nie mam z czego. Wianek zrobiłam z tego, co odrosło w ogródku po ostatnim koszeniu – stokrotki, całe szczęście, są nie do zdarcia 🙂

Lubię, kiedy lalka jest w stanie ustać sama 🙂 Oraz kiedy przewraca się do tyłu – jeśli już bardzo musi – a nie na twarz… 😉

Miłego tygodnia Wam życzę 🙂

Spectra wiosenna

Może pamiętacie, jak kilka miesięcy temu wspomniałam, że niektóre lalki nie pasują tak samo do różnych pór roku. Spectra najczęściej wychodzi z szafy jesienią i wiosną. I nawet się z tej okazji przebiera 😉

Tym razem nic nowego nie szyłam. Wsunęłam jej plastikowe, dziwnie wygięte ciałko w sukienkę, która powstała jeszcze w Polsce. Tym razem oszczędziłam jej dodatków i taką na wpół saute wpuściłam w moje osobiste bratki.

Zaraz potem przyszła pora na szafirki. Bukiet został zrobiony z tego, co samo się rozsiewa.

Nie bardzo znam się na zwyczajach niezapominajek. W tym roku pokazały się w innym miejscu niż w ubiegłym. Do tego dołączyły do nich fiołki i kilka dzwonków – jednych i drugich nie było w naszym ogródku w zeszłym roku. Oczywiście to lepiej niż gorzej, bo można focić lalkę w ulubiony sposób bez ruszania się z domu na dobrą sprawę 😉 Ruszyłam się jednak w Wielkanoc sprawdzić, czy blue bells już kwitną.

I owszem, kwitną jak szalone 😀

Całe połacie dzwonków pokrywają teraz zalesiony teren w mojej dzielnicy. Pachną, aż się w głowie kręci, można paść.

Spectra padła 😉

Kornwalia – część II

Wzmianka z poprzedniego wpisu o brytyjskim prawie dotyczącym wynoszenia kamieni z plaży wywołała sporo emocji. Może zatem warto rozwinąć temat. Nie wolno wynosić kamieni, bo ich obecność spowalnia erozję brzegu. Niby jeden kamyczek na osobę to nic takiego, ale gdy tych osób przewija się przez plaże tysiące, to z jednego kamyczka robią się tony. Podobnie jest z piaskiem. Nie wolno go usuwać z plaży ze względu na już i tak kruchą równowagę ekologiczną i zapewnienie dzikim zwierzętom odpowiednich warunków do rozrodu.

Ostatnim, czego nie można zabrać z plaży w UK, są żywe stworzenia. Kawałki drewna (driftwood), odłamki szkła, małe skamieliny (np. zęby rekina) można wziąć na pamiątkę. Muszle też, chociaż trzeba pamiętać, że służą one innym organizmom żywym do przetrwania, krótko mówiąc. Zapewne często udaje się turystom zabrać więcej niż im wolno, bo nie wszędzie jednakowo tego pilnują.

Dobrą praktyką jest także nieśmiecenie na plaży. Uważałam bardzo, żeby nie zgubić nic plastikowego 😉 Wiatr bywał tak silny, zwłaszcza na klifach, że często zwyczajnie obawiałam się, że lalka odleci i wpadnie do wody, dlatego nie wyciągałam jej z plecaka. Byłaby to podwójna szkoda, bo po pierwsze w oceanie stałaby się niepożądanym odpadem, a po drugie nie chciałabym się z nią rozstać, bo ją lubię 🙂

Mój pobyt w Kornwalii był krótki. Nie wiedząc do końca, czego się spodziewać, nie chciałam pierwszy raz jechać na zbyt długo. Czy będzie jakiś następny? Chciałabym. Czas pokaże.

Ocean jest wielki, a ja taka malutka…

Wszystkiego najlepszego z okazji świąt tak poza tym 🙂

Kornwalia – część I

Wracam po nieplanowanej przerwie. Różne okoliczności się złożyły na to, z większością z nich już sobie poradziłam – chyba… Wyprawę do Kornwalii planowałam za to od miesięcy, niestety tak wyszło, że musiałam ją dwa razy przełożyć. Wyjazd był krótki, ale owocny, do tego prawie wszędzie towarzyszyła mi lalka.

Zabrałam ze sobą lalkę, która była moim pierwszym zakupem na Aliexpress oraz jednym z lepszych jakościowo (planuję – również od dawna – post zbiorczy o moich wszystkich zakupach z Ali). Przed wyjazdem uszyłam dla niej nowe ubranko: tunikę (pierwotnie sukienkę, ale nie wyszła, jak chciałam) i spodenki z resztek moich ulubionych rozciągliwych dżinsów. Nawiasem mówiąc, materiał ze spodni był okropny do szycia :/ Buty, uznałam, nie będą szczególnie potrzebne na plaży – jakkolwiek zachowałam własne 😉

Na pierwszy raz wybrałam miejscowość Newquay, głównie dlatego, że dociera tam transport publiczny, co nie jest regułą w Anglii. To typowa wczasowa miejscowość. Jej główne atrakcje to plaże, klify i sklepiki z lokalnymi produktami. W przypadku oceanu chodzenie po plażach jest silnie uzależnione od przypływów i odpływów. Podczas przypływu w wielu miejscach plaża zwyczajnie znika, a głębokość wody nawet w niewielkiej odległości od brzegu może liczyć kilka metrów.

Wszystko, co pokrywa woda, jest obrośnięte glonami albo koloniami małży, małymi jamochłonami i pąklami. Patrzenie na małże na skałach wysoko nad głową własną pozwala uświadomić sobie głębokość wody.

Ocean wyrzuca piękne kamienie, mniej lub bardziej „opracowane” przez wodę, także rozmaite muszle, wodorosty, szkielety mątw i tzw. syrenie torebki (jaja rekinów). Na grzebaniu w kamieniach spędziłam dosłownie godziny. Brytyjskie prawo zabrania zabierania kamieni z plaży, pozostaje więc popatrzeć i pofocić.

Wybrałam, całkiem przypadkiem, dość dobry moment na podróż nad ocean. Sezon się dopiero rozpoczyna, więc cena zakwaterowania wypadła bardzo korzystnie, do tego turyści na plażach byli nieliczni, a pogoda dopisała na tyle, że wróciłam z opalonym nosem 🙂 Wiało szaleńczo, ale „nad wodą wielką i czystą” mi to jakoś nie przeszkadza.

Skały na plażach są piękne, wyniosłe i niebezpieczne. I niesamowicie ciekawe do oglądania. Bardzo mi się podobały kwarcowe wrostki (geolog ze mnie amator, więc raczej nie jest to fachowe określenie…) sprawiające, że skały wyglądają niekiedy, jakby szczerzyły zęby.

Tyle na dzisiaj, bo się coś rozgadałam 😉 Miłego nowego tygodnia Wam życzę!

Czwarta

Niedawno dorobiłam się kolejnej lalki Azone – ogólnie czwartej, bardziej szczegółowo jest to Miu w kolejnej odsłonie. Ciałko to również Pure Neemo starszego typu. Lalka przyjechała naga, za to w oryginalnym pudełku, bardzo ładnym, które zdążyłam już przypadkowo podniszczyć… Miu 2 wybrała się ze mną na wiosenny spacerek.

W tym roku musiało być zimniej niż w poprzednim, bo kwiatki rozwinęły się później. Właściwie dawno nie było tak słonecznego i względnie bezwietrznego dnia.

Zdjęcia robiłam dużym obiektywem – wydaje się, że problemy z ekspozycją zniknęły. Żeby w ogóle złapać ostrość na takim małym obiekcie, muszę stać znacznie dalej od lalki. Podobnie nie tak łatwo jest uzyskać taki sam kąt, jak przy obiektywie małym.

Miu 2 ma plamy na jednej nodze (stąd jej bardzo satysfakcjonująca cena), które udało się ukryć pod fioletowymi rajtkami z podkolanówki. Ubranko uszyte jest z dziecięcych majtek. Już jeden uszytek z tej serii widzieliście, pojawi się on zresztą na jednym ze zdjęć poniżej 🙂 Buty pochodzą zdaje się od Liv Spinmaster.

Można powiedzieć, że od nowa uczę się robić zdjęcia lalkom 🙂

A to już obie Miu, „starsza” we wspomnianym uszytku. W przypadku lalek Azone raczej nie da się mówić o moldach, na pewno różnicuje je natomiast sposób malowania oczu i wyraz twarzy. Jak widać, sama zmiana kolorów oczu i włosów daje odpowiednie efekty.

Trzymajcie się, moi Drodzy ❤ Miłego weekendu!