Oczy w kolorze niezapominajek

Czasem każdemu potrzeba oderwania się na chwilę od wszystkiego i wszystkich i pobycia po prostu samemu ze sobą. Posiedzenia na ziemi, pogapienia się na chmury i taniec liści na wietrze. Brodzenia nieobutą stopą w krzywo przyciętej trawie. Zanurzenia się w rzece niezapominajek…

W jeden z takich dni Sydney, korzystając z nieobecności psa, który mógłby ją porwać (dziś np. próbował przehandlować za jedzenie pokrywkę od mojego pudełka ze spinaczami do prania), wybrała się do ogródka, odziana w jeden z nowych uszytków powstałych podczas mojego urlopu. Złoty, wyjściowy dres 😛 Uszyłam krótkie spodnie (i sama się dziwię, że wyszły całkiem znośnie) oraz bluzę. W założeniu miała mieć nietoperzowy rękaw, ale chyba trochę za wąski skroiłam. W każdym razie jestem dość zadowolona z efektu. Syd wygląda na zrelaksowaną, wbrew temu, co głosi jej nazwisko – Chase 😉

Niezapominajki to chyba najsłodsze z małych kwiatków 🙂

Wyluzowana Sydney walała się w trawie.

Zdjęcia robione aparatem, nawet takim szwankującym, jak mój biedny, kochany Olympus, to jednak zupełnie co innego niż strzelane komórką…

Ostatnie zdjęcie pokazuje białe szafirki (wyleciała mi angielska nazwa tego kwiatka), których obfocenie nie wyszło w poprzednim roku. Co się odwlecze, jak to mówią 😉

Miłego, słonecznego weekendu wszystkim! 🙂

3 x debiut

Jakiś czas temu kupiłam na Aliexpressie nowego recasta. Wykazałam się naiwnością tym razem – ponieważ zwykle żywiczaki na Ali zawierają wskazanie, komu został zajumany model, a ten nie miał takiego wskazania, uznałam, że… Chińczyk tym razem sam wymyślił. Zresztą lalka była tania jak barszcz nawet w porównaniu do pozostałych recastów. Przyszła szybko, troskliwie zapakowana, nie obyło się jednak bez pewnych problemów natury językowo-okulistycznej.

Oczywiście zdjęcia promo przedstawiały oryginalną Coco Luts, gdyż to właśnie tejże podróbka. Ujęła mnie jej mangowa twarz oraz, przede wszystkim, mangowe oczy. Sprzedawca nadmienił, że mogą być innego koloru niż na fotce, ale nie przeszkadzało mi to. Niestety lalka została przysłana ze zwykłymi oczami i trzeba przyznać, że mangowa twarz z normalną gałką oczną wygląda po prostu źle. Zaczęłam się więc wykłócać ze sprzedawcą. Koniec końców wyszło na to, że chodziło mu o „random eyes”, a nie „different colour”. Według mnie to dwie różne rzeczy, według niego jedno i to samo.

Brałam pod uwagę kupienie oryginalnych oczu Luts, ale nie mają takich w ofercie. Odpowiadające mi wizualnie gałki zdobyłam w drugiej próbie. Zastanawiam się teraz, czy nie lepiej było wziąć rozmiar większe, żeby w ogóle nie było widać białka. W ten sposób byłoby jeszcze bardziej mangowo 😉

Perukę kupiłam jakiś czas temu na eBayu z myślą o Delilah i Celine, ale jakoś mi podpasowała do tej twarzy. W ten sposób powstał pierwszy wizerunek recasta (bo pewnie będzie nie jeden – zaleta lalek perukowych z wydłubywalnymi oczami), który na pewno nie zostanie imienniczką pierwowzoru. W mojej świadomości został bowiem osadzony dawno temu fakt, że „koko” to jest dźwięk, który wydaje kura, a nie imię 😛

Poza lalką w tym wpisie debiutują także moje uszytki: kimono i balerinki. Zdaję sobie sprawę, że kimono wyszło za krótkie, ale to przede wszystkim miała być próba, czy w ogóle dam radę uszyć coś, co w miarę przypomina tradycyjny ubiór japoński. Wydaje mi się, że idea jest widoczna. Mam piękne tkaniny w orientalne wzorki, niestety kawałki są małe, 20 x 25 cm, więc na nich nie chciałam próbować, bo szkoda psuć.

Chyba najładniejsze zdjęcie 🙂

Buty zrobiłam z tego samego materiału (były zresztą pierwsze i to zanim w ogóle przyszło mi do głowy szycie kimona), ich wewnętrzna warstwa jest satynowa. Wkładki są z tektury od opakowania po Lindorach (zero waste!) oraz podkładki na biurko, która stała się zbędna mojemu znajomemu. Balerinki uszyłam korzystając z tutoriala Beth Alvarez:

Tutorial gorąco polecam, buty robi się naprawdę szybko w ten sposób (nawet szyjąc ręcznie). A do kimono mam ambicję zrobić geta, tylko muszę jakieś cienkie, miękkie drewienko skombinować.

Widać, że kimono?

Zdjęcia robiłam telefonem w ogródku. Kolory wyszły bardzo zimne. Dosyć trudno było też złapać odpowiedni kąt, żeby nie deformować kształtu twarzy lalki. Nie obyło się także bez bólu i rozlewu krwi. Stanęłam na gałązce jakiegoś ciernistego krzaka, która nie wiadomo skąd pojawiła się na ścieżce w naszym ogródku. Kolec przeszedł przez podeszwę kapcia i wlazł mi w stopę. Prawie się wyrżnęłam z lalką i telefonem w objęciach. A miałam jeszcze długi spacer w planach na dziś…

Mimo że kolory nie do końca się zgadzają, lalka kojarzy mi się z Kaoru Kamiyą z mangi Rurouni Kenshin. Pewnie dlatego ta hakama mi się kołacze po głowie.

W sumie można by ją wołać Kaoru…

Między przebiśniegiem a krokusem

Kilka nowych nabytków ostatnio do mnie zjechało. Dwie trzecie z nich z Aliexpressu. Jednego z tychże już nie mogę pokazać w wersji oryginalnej, bo tak mi się nie podobał na żywo (na zdjęciu co innego, aż dziw, że to ta sama lalka), że obmyśliłam i zainicjowałam zmianę tożsamości. Nie jestem jakoś szczególnie zła czy rozczarowana, ponieważ lale z Ali kosztują grosze, a zalety zawsze jakieś mają – choćby artykułowane ciałka. Drugim nabytkiem jestem za to zachwycona, chociaż laleczka nie jest kanoniczną pięknością. Wręcz przeciwnie…

Co więcej, jak widać, lalka nie jest nawet dorosła, co u mnie bardzo rzadkie. Ujęła mnie jej zdziwiona minka i te wystające z dołu ząbki. Przypomina mi dzieci z anime, np. bohaterki Mojego sąsiada Totoro.

Laleczka ma artykułowane ciałko podobne do małego obitsu, ale w przeciwieństwie do tych, z którymi miałam do czynienia do tej pory, nic nie skrzypi ani nie odpada. Tak jak wiele lalek z Ali została wysłana naga, ale za to z bucikami. Mierzy około 16cm wysokości. Nie lubię szyć takich małych ciuszków, ale trzeba przyznać, że powstają bardzo szybko 🙂

Zabrałam ją ze sobą na pobliski cmentarz (ten sam, gdzie pochowano autora Narnii). Rok temu o tej porze jeszcze nie mieszkałam po tej stronie Headington i nie wiedziałam, że ten cmentarz tam w ogóle jest, a co dopiero że o tej porze – bo mamy typowy luty w UK – zamienia się on w pole krokusów, gdzieniegdzie przetykane przebiśniegami. Kilka zdjęć kwitnącego cmentarza można zobaczyć również u mnie na fb.

Szycie wyszło mi tako se, ale na zdjęciach niekoniecznie to widać 🙂

Wszędzie to małe wlezie, no 😉 Widoczne uszytki są z filcu, a materiału na rajtki dostarczyła jedna z moich stopek. Tak rzadko ich używam, że na pewno nie będzie mi jej brakowało. Uszyłam też sukienkę z gaci, ale pokażę innym razem 🙂

Trzeba przyznać, że tę fryzurę to jej ktoś dziwnie wymyślił, ale mimo tego jest twarzowa. Trochę podstrzygłam tu i ówdzie, żeby bardziej wyeksponować buzię i trochę odsłonić uszy.

Ciałko artykułuje bardzo sprawnie, ale sztywny filc nie współgra z możliwościami lalki.

W zalewie fioletu udało się wyłowić kilka krokusów żółtych i jednego białego. Kwitną już także pojedyncze żonkile, choć większość dopiero się za to zabiera…

…jak widać na załączonym obrazku 🙂

Laleczka nie ma imienia, ale może coś mi przyjdzie do głowy.
Miłego nowego tygodnia wszystkim!

Zima odnaleziona :)

Nie wierzyłam, bo to już nie pierwszy raz w prognozie pogody zapowiadano śnieg. Kiedy odsłoniłam okno dzisiaj rano, czekała mnie niespodzianka 🙂 Wszędzie już zalegała biel, a do tego wciąż padało. Na dworze znalazłam się bardzo szybko 😀

Biało wszędzie, można się zapaść po pas!
Ciekawe czy to białe można zjeść? (na upartego można, ale należy się powstrzymać od jedzenia żółtego śniegu 😉 )
Tak to powinno wyglądać miesiąc temu – śnieg i owocujący ostrokrzew
Chodzi się po tym ciężko, nawet nawet w dobrych butach 😉
Jak już upadłam i leżę, to zrobię aniołka 😉 (don’t blink!)
Ciekawe, czy długo tak będzie?
Na śliskim równowaga to podstawa 😉

Zanim wróciłam do domu, spora część śniegu zdążyła już się roztopić. Chmury wciąż wiszą nad Oxfordem, może jeszcze popada 🙂 A na koniec popatrzcie, jak po śniegu – jak ta lala – zapindala szkielet Dala 😉 Kakao z piankami niesie, widzi mi się 🙂

źródło pobrania obrazka: Facebook

Miłego nowego tygodnia! Ja mam wreszcie urlop 😀

Gdzie ta zima?

Ano ni ma… Właśnie słucham, chcąc nie chcąc, jak za oknem wieje i leje. Temperatura dodatnia. Całe tygodnie temu przygotowałam lalkę na przechadzkę po śniegu i nic z tego nie wyszło. I raczej nie wyjdzie, bo przez ostatnie lata śnieg w Anglii widziałam raz przez jeden dzień.

Lalkę już widzieliście, to ta, co roznosi po blogach Aliexpressową zarazę 😉 Jej „siostry” mieszkają u Ewy i Szarej Sowy. Sweter jest zresztą ręczną robótką Ewy 🙂 Dzień był, jak widać, dość ciepły i mało pochmurny. W tle widać pub, który z oczywistych przyczyn stoi zamknięty. Czasem łapię pod nim Pokemony 🙂

Czapka do niedawna była moją skarpetką, ale każda skarpetka kiedyś się kończy… Ta skończyła na przeciwnej stronie ciała niż stopy 😉 Spódnicę uszyłam z dziecinnej spódniczki kupionej dawno temu w charity shopie. Szalik i buty, z założenia w stylu mukluków, są z filcu. Tak, buty produkcji własnej, pierwsze z jakich finalnie byłam umiarkowanie zadowolona. Nie mam Ewy pod ręką i muszę sobie jakoś radzić. Jestem świadoma niedociągnięć. Jeszcze 300 par i będzie git 😉

Zawsze twierdziłam, że zrobienie butów to trud nieziemski. Samo wykrojenie podeszwy na „Chinkę” nie było zadaniem szczególnie łatwym. Stopy ma szerokie w palcach, znacznie węższe w pięcie, do tego podeszwę komuś chciało się zrobić w dość poprawnie anatomicznym kształcie, zamiast po prostu płaską jak Ziemia w oczach wyznawców teorii spiskowych. Do tego okazało się, że filc siorbie klej niczym spragniony Smok Wawelski po poczęstunku od szewca Dratewki. Kurczę, całe życie się człowiek uczy, nie? I dobrze. Przynajmniej jest po co żyć. W każdym razie, jak widać na załączonym obrazku, lalka stoi w tych butkach sama, mimo ich niedoskonałości.

Chciałam jeszcze jakoś ozdobić te buty, ale nic nie przyszło mi do głowy. Zdjęcia robiłam telefonem, dlatego kolorom brakuje właściwej głębi. Może na kolejny spacer wezmę aparat, chociaż pogoda nie sprzyja ostatnio łażeniu po dworze.

Kwiatki też uznały, że już czas na nie. Śniegu nie znaleziono.

Smuteczek trochę…

Santa’s Little Helpers

Obszyłam świątecznie Azonki! 😀 Sama nie wierzę, że to się udało 🙂 Wymagało to sporo czasu. Chciałabym powiedzieć, że zawdzięczam to fantastycznemu zmysłowi organizacji, ale wcale tak nie jest 🙂 Ubrałam też malutką choinkę, niektórzy widzieli już na fb. Święta w tym roku będą inne niż zwykle, ale to nie znaczy gorsze 🙂

Zdjęcia zrobiłam aparatem, z którym ewidentnie jest coś nie tak, nie mogę jednak ciągle się tym zamartwiać.

Sukienki lalek powstały z wyłącznie dwóch surowców: koronkowej bluzki z lumpka oraz kawałka zielonej tkaniny, którą dała mi Ewa w zeszłym roku. Pomyślałam sobie, że lalkowe hobby pod tym względem wpisuje się w ideę zrównoważonej produkcji: stare ciuchy nie zaśmiecają dodatkowo Ziemi, tylko zmieniają swoją formę, nadal komuś służąc.

Nie myślałam o tym, czy kolory będą twarzowe (chyba są), chciałam uszyć kreacje w barwach typowo świątecznych i w podobnym stylu. Wyszło w zasadzie lepiej niż początkowo zakładałam. Przy szyciu mam zwyczaj oglądać filmy lub słuchać creepypast. Obszycie całej trójki trwało tyle, co Puppet Master 3: Zemsta Toulona (recenzja nadciąga!), pięć odcinków drugiego sezonu Mrocznych Materii oraz trzy odcinki filmów przyrodniczych Davida Attenborough.

Butów im nie założyłam celowo, żeby można było bez przeszkód podziwiać uszytki na nogach 😛

Moja choinka jest tak mała, że łańcucha nie dałam rady na nią wepchnąć, czułam się zatem zmuszona poszukać dla niego innego angażu na ten rok 😉

Pozostaje mi życzyć Wam Wesołych Świąt, czy to Bożego Narodzenia, czy Szczodrych Godów, czy po prostu nicnierobienia 🙂 W jakiejkolwiek formie je spędzacie, bądźcie zdrowi i szczęśliwi ❤

🙂

Turkus

„Już nie śpisz
Przeciągle jęcząc
Spokojna na razie

Stalowe ptaki wytrysły mi z oczu

Dasz mi noc w środku dnia
Zapomnienie
I zmyjesz z mojej twarzy grzech

Myślałam, że córki twoje
Beznamiętnie chwytam we włosy
A ty płaczesz
I boisz się jak ja
Że gdy zaśniesz
Grzech będzie trwał” – Moonlight Cisza przed burzą

Człowiek się starzeje, a niektóre rzeczy podobają mu się tak samo, jak dekady temu: lalki, piosenki, wyjazdy…

Szukając…

Według kalendarza mamy już jesień. Według stanu pogody niekoniecznie. Chociaż kasztany już opadły, sporo roślin wciąż się zieleni i kwitnie. Tylko długość dnia nie pozostawia złudzeń…

Trochę szkoda lata, ale przecież wszyscy musimy kiedyś odpocząć.

Czasem od siebie samych, co jest chyba najtrudniejsze.

Poszwendać się w milczeniu, porozmyślać o wszystkim i o niczym.

Naładować bateryjki, obserwując wiewiórki ganiające się po drzewach, słoneczne refleksy na trawie i liście opadające w ciszy na ziemię.

A na koniec dojść do wniosku, że mimo wszystko fajnie jest być 🙂

Spectrę obszyłam w jakąś godzinę. Można się kłócić, że szyfon pasuje do futerka jak kwiatek do kożucha – ja takie połączenia lubię. Kolorystyka wyszła bardziej zimowa niż jesienna tak naprawdę, bo jesień to raczej ciepłe barwy: żółć, czerwień i brąz. Nie lubię brązu 😛 Co do gaci pod tą przezroczystą kiecką – to jest uwaga do Ewy głównie – to ma wmoldowane, białe, w kolorze swojego widmowego ciała, a więc w sumie cieliste. To się liczy! 😉

Arisu czyli gdzie ten biały królik?

Trochę to trwało, bom zajęta okrutnie i wiecznie zmęczona (wieczność trwa od początku sierpnia w tym wypadku 😉 ), ale wreszcie obszyłam i wypuściłam na słońce moją najnowszą chińską zdobycz z Aliexpressu, która ze względu na image oraz mangowe rysy dostała na imię Arisu. Nazwałam ją z konieczności, chińskie wynalazki lalkowe są zwykle bezimienne. Na karku posiada jakiś tam napis, ale należy uznać go za autograf producenta raczej niż imię.

Laluszka jest urocza, na żywo podoba mi się znacznie bardziej niż na zdjęciach w necie (w tym moich własnych). Mierzy około 40cm tak na oko – nie konfrontowałam rozmiarów z pozostałymi moimi lalkami tego wzrostu. Przybyła do mnie łysa i goła, z parą plastikowych różowych butów, które mimo posiadania obcasa dobrze komponują się z jej płaską stopą.

Kosztowała grosze, przyszła szybko – zwłaszcza w porównaniu do Licci, bo ta nie przyszła wcale, a ja do dziś mam gorzkie żale 😉 Oczy tego modelu występują w trzech wariantach kolorystycznych: fioletowym, różowym i niebieskim. Już nie pamiętam, dlaczego wybrałam fiolet, jakiś powód miałam, ale zapomniałam 😛 W każdym razie nie żałuję. W sprzedaży głowy są osobno, można więc dobrać dowolne ciałko bez rozpoczynania przygody z lalką od psucia innej 😉

No i gdzie ukrył się królik? Przecież nie możemy się spóźnić na herbatkę do Królowej!

Z komentarzy do transakcji na Aliexpressie można się dowiedzieć, że ludzie polecają ten rozmiar głowy do ciałka wielkości Barbie, ale ja wybrałam większe, żeby zlikwidować efekt wielkiej głowy. Moje ciałko jest artykułowane podobnie do MtM i zrobione z lekkiego plastiku, taka trochę wydmuszka. Stawy chodzą ciężko, co nie jest wadą, ale trzeba cierpliwości, żeby nie uszkodzić lalki.

Miłym zaskoczeniem okazało się, że na tę łysą, wielkooką łepetynę pasują dosłownie wszystkie posiadane przeze mnie lalkowe peruki. Te zbyt duże można łatwo dopasować zszywając odrobinę gumkę, by dostosować obwód. Perukę ze zdjęcia nosiła dawno temu Delilah. Obfitość loków pasowała mi do lolitkowego stylu sukienki. Kapelusik zrobiłam w tempie rekordowym, obszywając nakrętkę od małej buteleczki, trzyma się głowy na szpilkach, które jednocześnie zapobiegają przemieszczaniu się peruki.

Większy problem to dopasować buty. Do zdjęć wykorzystałam pantofelki, które przyszły razem z małą siwą, też z Chin. Nawiasem mówiąc, po prezentacji na Mangustowie kupiły ją już dwie osoby 🙂

Zdjęcia robiłam aparatem ( 😀 ) w dwa różne dni, pierwsze późnym popołudniem, drugie przed dwunastą. Przyznaję, że brakuje mi umiejętności, by wydobyć z lalki to, co najlepsze. Na żywo jest naprawdę urocza!

Materiał na sukienkę to koszulka, którą kupiłam lata temu w lumpeksie niedaleko mojego byłego miejsca zamieszkania we Wro. To była jedyna rzecz, jaką kiedykolwiek tam nabyłam. Leżała i leżała, aż w końcu trafił swój na swego 🙂 Metalowe ozdoby to pozostałości po steampunkowej biżuterii robionej przeze mnie na sprzedaż na jakimś konwencie. Je również kupiłam lata temu, choć nie aż tak dawno, jak tę koszulkę. W każdym razie to, że się zeszły, jest dziełem przypadku. Skojarzenie z białym królikiem i zegarkiem stało się zatem dość oczywiste 🙂

Zdjęcia przedpołudniowe robiłam w parku Headington Hill. Mam dużo parków w dzielnicy 🙂 Znajomi z facebooka mogli widzieć bezlalkowe zdjęcia z Headington Hill. Swego czasu, od 1850 roku, był to ogród posiadłości prywatnej. 103 lata później został kupiony przez miasto. Wiele gatunków drzew rośnie tam od początku istnienia parku. Lubię tam chodzić, z lalkami czy bez 🙂

Mam wrażenie, że nie udało mi się w pełni zaprezentować możliwości artykulacyjnych Arisu, ale mam już pomysł, jak to zrobić 🙂 Zdecydowanie jednak teraz powinnam zabrać się za halloweenowe kreacje, bo niektóre z nich w planach pozostają już od dwóch lat…

Mam nadzieję, że podoba się Wam Arisu. Do następnego razu!

Wpół do tragedii

Mieszkam i pracuję w chyba najbardziej klimatycznej, pomijając centrum, dzielnicy Oxfordu – Headington. Szczególnie śliczna jest jej starsza część, którą odkryłam dosłownie parę dni temu. Od razu zatargałam tam lalkę, ale… moje plany zostały pokrzyżowane przez pewien splot okoliczności…

Powyższe zdjęcie jest ostatnim, na którym Stella ma obie nogi. Niestety. Obecnie prawa noga kończy się pustym stawem kolanowym. Wciąż ją mam, naprawiać jeszcze nie próbowałam, ale już widać, że jeden z bolców został złamany, więc jeśli w ogóle uda mi się zainstalować nogę z powrotem na kikucie, pewnie będzie luźna. Nie dość, że Stella została zmasakrowana od strony głowy, kiedy zachciało mi się zamiany ciałek kilka lat temu, to teraz jeszcze została kaleką 😦

Lalkę miałam w plecaku razem z paroma rzeczami, które zwykle w nim noszę, a także aparatem fotograficznym. Ponieważ fizjologia ludzka rządzi się twardymi prawami, po kawie w Macu musiałam iść do toalety. Powiesiłam plecak na haku na drzwiach, ale… spadł. Coś w środku trzasnęło donośnie. Stawiałam na aparat lub telefon i trochę się zestresowałam przed zajrzeniem do środka. Chociaż grawitacja brutalnie obeszła się z plecakiem, oba sprzęty przeżyły. Wyjęłam lalkę i cóż – zapowietrzyłam się na widok beznogiej. Do tego, kiedy nią potrząsnąć, w środku coś ewidentnie lata, bo lalka zaczęła grzechotać (tak, jestem pewna, że nie zalągł się w niej potajemnie grzechotnik – za zimno na to w UK 😛 )

Mimo że kaleka, Stella nadal NIE JEST na sprzedaż – bez głupich pomysłów proszę 😉 Ja i tak przeważnie robię zdjęcia portretowe. Kto wie, może na tym kikucie da się zainstalować jakąś fajną protezę? Gdybym to ja mogła dostać w swoje ręce drukarkę 3D…

Stella ubrana jest w sukienkę wymyśloną przeze mnie, a uszytą przez Ewę oraz buty produkcji Ewy. Kolczyki produkcji mojej (kiedyś nosiła je Delilah). Z lektury Ani z Zielonego Wzgórza pamiętam coś tam, że rude nie powinny nosić niebieskiego. Że niby kontrast za duży, czy coś? Jak dla mnie gra i buczy 😉

A to już pierwsze zdjęcie beznogiej. Gdybym nic nie powiedziała, nikt by nawet nie przypuszczał, prawda?

Ten kwiatek, a właściwie jego pozostałość, nosi nazwę lords and ladies (między innymi, są jeszcze inne warianty), w Polsce mówi się na to obrazek plamisty i podobno jest tam rzadki.

Jak widać, życie nie jest sprawiedliwe nawet dla lalek. Taka Licca na przykład może sobie mieć trzy nogi, a Stella ma tylko półtora… 😉