Z facetami wielka bieda, ale bez nich żyć się nie da ;PPP

Wczoraj w drodze do pracy wzięło mnie znowu na wspominki. Przypominałam sobie czasy, kiedy zdobycie lalek barbiatych przestało być tak wielkim problemem i miało się ich już kilka. Pojawiał się wówczas inny „kłopot”. Skąd tu wziąć faceta dla choćby jednej z nich? Lalki-panie, małe i duże, stanowiły radosną rodzinę, ale deficyt w tatusiach walił po oczach dziecko, w którego przekonaniu rodzina to przecież mama, tata i dzieci.

Nie bez przyczyny mówi się, że potrzeba jest matką wynalazków. Z brakiem samca w lalkowej gromadzie można było rozprawić się na kilka sposobów:

  1. Na misia – niektóre zabawki zwierzopodobne miały czasem zadziwiające proporcje i sylwetki wręcz humanoidalne, często odpowiadały barbiatym wzrostem, a zatem na bezrybiu mogły za rybę posłużyć.
  2. Na lalkę – brało się lalkę niebarbiową, tzw. zwykłą, z odpowiednio krótkimi włosami i w miarę dopasowaną wzrostem. Lalki takie, o ciałkach ni to kobiecych, ni dziecięcych, o masywniejszych kształtach, nadawały się do roli faceta nieco lepiej niż miśki.
  3. Na rękę – należy rozumieć dosłownie, facetem była własna ręka, ta druga, w której akurat nie trzymało się lalki-kobiety. Dłoń trzeba było trochę zwinąć i postawić na dwóch palcach, żeby facet miał nóżki 🙂
  4. Na niby – chyba najbardziej uniwersalny sposób na wszelkie braki w dziecięcych zabawach. Nie wiem, czy w dzisiejszych czasach dzieci znają jeszcze to pojęcie?

Moim pierwszym prawdziwym lalkowym facetem był plastikowy klon typu wydmuszka, ciemnowłosy Frank, o którym swego czasu pisałam nieco. Prawie wszystkie dziewczynki miały tego pana – był tani i łatwo dostępny, a pojawił się gdzieś na początku lat 90-tych. Cóż to za radość była 😀 Później tata kupił mi Kena Hawaiian Fun, blondyna w jaskrawej koszulce z marlinem. I to tyle, więcej facetów lalkowych nie miałam, w dalszym ciągu panny pozostały w przewadze, ale jakoś mi to nie przeszkadzało, ważne że jakiekolwiek spodnie pojawiły się w rodzinie 😛

Dziś mam panów czterech czy pięciu, w tym jednego wilkołaka i jakoś mnie nie kusi, by powiększać ich kolekcję. Są, bo są i nie przypuszczam, by ktoś kiedyś chciał ich odkupić, gdybym chciała pozbyć się tychże mężczyzn bez przyrodzenia. Trzymają się razem i baby mają w nosie, podobnie jak one ich. Tak to się w życiu potrafi wszystko pozmieniać 🙂

Advertisements

15 thoughts on “Z facetami wielka bieda, ale bez nich żyć się nie da ;PPP

  1. U mnie Ken (lub inny główny rozpłodowiec mego stada lalek) zwykle bywał po prostu nieobecny. Wyjeżdżał „w delegacje”, lub był marynarzem. Taki facet widmo. Skuteczny, bo za każdym razem, gdy do stada przybywało jakieś lalczyne dziecko, to zawsze była sprawka „widmowego” ojca. Kiedyś tam mama zlitowała się i w kiosku zakupiła jakiegoś tam manekina w dresie. Niestety… Jego kariera skończyła się szybko, gdy tylko odkryłam, że jego spodnie się prują, a buty gubią. No i szpetny był… Dość szybko podarowałam go koleżance, a do moich lalek wrócił ten „wymyślony”. Mam wrażenie, że wychowanie lalek w niepełnym modelu rodziny sprawiło, że do dziś jestem upośledzona i nie toleruję, a wręcz nie cierpię lalkowych Panów. 🙂

  2. hmmm, to jakaś dziwna byłam. nie potrzebowałam Kenia, jakoś tak mi umknął w dzieciństwie 😉 za to moje dziecko mnie męczy o Kenia i o …. Clawda, bo koniecznie musi mieć parę do Draculaury :/ czy Ty pisząc o wilkołaku masz na myśli Clawda właśnie? ciekawa jestem którego? 🙂 bo ja teraz na etapie poszukiwań właśnie 🙂

    • Tak, mówię o Clawdzie. Dostałam w prezencie od mamy w zestawie razem z Draculaurą. Czy był dostępny osobno, nie mam pojęcia, nigdy nie widziałam. Może ktoś na Allegro ma na sprzedaż samego.

      • zazdrość mnie zżera, hihihi ja nie dostaję od mamy takich prezentów! muszę przeprowadzić z mamusią poważną rozmowę na ten temat. a na allegro poszukam – dzięki 🙂

  3. Na niby – to jest magiczne pojęcie:)
    U mnie mieszkał jeden lalkowy pan. Przez całe życie myślałam, że to prawdziwy Ken, dopiero ostatnio dowiedziałam się, że był to facet Diany, co teraz uważam nawet za plus, bo był bardziej „męski”;)

    Jeden facet na lalkowe stadko w zupełności wystarczał. Jak potrzeba było większej ilości mężczyzn to niezawodne były pluszaki. Do takiego „faceta” można się przynajmniej przytulić;)

    Obecnie mam dwóch plastikowych facetów, drugi dotarł dzisiaj i jednego porcelanowego (który wygląda jak dziewczynka…) Chciałabym jeszcze odzyskać faceta Diany, najchętniej w oryginalnym odzieniu, ale to w przyszłości.

  4. Ja Cię dobrze rozumiem. Miałam jednego kena i to dosyć późno, brzydki był niezmiernie, co gorsza w którymś momencie został kaleką, bo mama zrzuciła go z szafy ^^
    Ale jakoś nie pamiętam żeby mi go brakowało w tych moich zabawach, lalek było niewiele (zwłaszcza tych Mattelowych) tak więc priorytetem było dostać Barbie. Pamiętam jedynie, że zawsze se obiecywałam „tym razem jak się nadarzy okazja poproszę brunetkę” i za każdym razem w rezultacie chciałam blondynkę xD To był taki pewny a rzadki towar i jakby nie chciałam zaprzepaścić prezentu dla jakichś tam eksperymentów xD Poza tym myślę, że sama chęć posiadania brunetki wypłynęła z faktu, że moja mama zawsze zrzędziła mi jak to te lalki wszystkie takie same są tylko ubranka mają inne i po co nowe kupować 😛

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s